poniedziałek, 4 listopada 2019

Moje święto


 
     Dziś kończę 50 lat.

 Internety napisały, że NIC JUŻ NIE BĘDZIE TAK SAMO:
 - młodość bez kwasu, botoksu i nici chirurgicznych w tym wieku nie istnieje
 - seks wchodzi w grę tylko przy zgaszonym świetle i koniecznie "na dole", by partner nie oglądał zwisów i obwisów.
 - statystycznie w tym wieku mam 50% szans na nietrzymanie moczu
 - o innych ekskrementach nie wspomnę.
 -fejsbuk  podsyła mi dziś linki do darmowych badań wzroku, słuchu i prostaty (hm, podobno odkryli, że kobiety też ją mają. Chyba pojawia się z wiekiem, razem z jajami?)

Mimo wszystko myślę, że nie odczuję teraz  jakiejś dramatycznej zmiany - tuż obok mojego biura jest klub dziennego pobytu dla osób starszych. Nazywa się "Przestrzeń seniora 50+". Wystarczy więc  zmienić drzwi w drodze do pracy.



piątek, 11 października 2019

Solą go!

    Mój mąż nie jest typem domowego majsterkowicza. Wkurzam się o to czasami, bo mając dom trzeba czasami popracować- śrubkę przykręcić, włącznik naprawić, schody nowe zrobić, podłogi wycyklinować. Albo naprawić TENCHOLERNYDZIURAWYTARAS, w którym przegniło kilka desek i strach po nim chodzić.
 Od czerwca gotuję się wewnętrznie za każdym razem, gdy chcę wypić sobie kawę na tarasie, czy poleżeć w cieniu orzecha.   Ale w gruncie rzeczy zdaję sobie sprawę, że życie u boku wrażliwego artysty  nie może być usłane różami. Czasami więc ja zmieniam się w budowlańca i spontanicznie coś-tam łatam sobie. Oczywiście "po babsku", czyli  byle jak i byle czym. 

wtorek, 2 lipca 2019

Zielone orzechy

     Mokra i zasapana wróciłam z porannego weekendowego rowerownia. Mokra, bo nawet o świcie za gorąco, zasapana bo jak zwykle pojechałam za daleko i ciężko było mi wrócić na czas*. No ale jak można wracać, gdy myśl o tym, że za kolejnym zakrętem może ukrywać  się prawdziwe piękno pcha do przodu?...

piątek, 28 czerwca 2019

środa, 12 grudnia 2018

Telegram

  Dawno, dawno temu, gdy nie było jeszcze komórek  (ale mój rower już z pewnością był), ludzie musieli żyć jakoś inaczej. Rodzicie nie wiedzieli, gdzie aktualnie przebywają ich dzieci, a te nie mogły zadzwonić do nich i poprosić o podwózkę do domu (tak, tak, Eska, o Ciebie tu chodzi ;)), bo zimno. Nie można było również poskarżyć się na bieżąco, że kolega ciągnie za włosy na przerwie, czy też nie wychodząc z domu zamówić pizzę. Naturalnym więc było, że wszyscy byliśmy bardziej bardziej ruchliwi i samodzielni.
Może to brzmi niewyobrażalnie, ale w tych odległych czasach tylko nieliczni mieli w domach telefon. Najszybszą i najskuteczniejszą formą kontaktu z przebywającą daleko osobą był więc telegram, który zwykle dochodził w dobę. Musiał on jednak zawierać  krótką i zwięzłą informację, bo każde słowo kosztowało krocie.
Gdy wyprowadziłam się z domu moim rokrocznym zwyczajem było wysyłanie telegramów do rodziny na urodziny. Najciekawszy był ten do mamy: "Domek, górka, lasek szkoła"- tak w skrócie wyglądałoby wtedy spełnienie jej marzeń. Używając większej ilości słów życzyłam mamie kupna wymarzonego domu na bieszczadzkich leśnych wzgórzach, z możliwością pracy nieopodal.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Twardowski gasi światło

    Leżymy rodzinnie na trawie w ogródku i oglądamy księżyc, na którym Twardowski wyłącza powoli światło. Fajny efekt, ale gdy już nastaje ciemność następują długotrwałe nudy....to przecież najdłuższe zaćmienie w naszym życiu, przyjdzie nam czekać prawie dwie godziny na dalszą część "akcji". Gdy więc księżyc robi się na stałe krwisto-beznamiętny szukamy innych zająć. Najpierw oglądamy konstelacje:  Duży Wóz, Mały Wóz, Łabędź, Kasjopea...co tam jeszcze? Nudy. Nawet gwiazdy nie spadają...
I nagle jest! Ruchomy punkt na niebie - satelita! Błyszczy niesamowicie odbijanym światłem słonecznym. Zaczynają się rozmowy o tym, jak jest daleko, po co i dlaczego ktoś go wypuścił w kosmos. No i ile ich jest. Tych potrzebnych  (1200) i tych, które są już tylko kosmicznymi śmieciami (prawie 6 tys! większych i mniejszych obiektów. Wśród nich jest nawet rękawica kosmonauty!) Zaczynamy liczyć te "ruchome gwizdy", konkurować, kto ich więcej wypatrzy (oczywiście oczy naszej córki okazują się najbystrzejsze). Zabawa wciąga nas do tego stopnia, że prawie przegapiamy przywrócenie przez Twardowskiego światła na księżycu...
Bywają chwile, gdy cywilizacja  i technika są równie pociągające, jak  pierwotna natura świata

środa, 4 kwietnia 2018

Odcinek kosmetyczny

Mężczyźni to mają czasami lepiej. Podkreślam  słowo "czasami", bo generalnie rzecz biorąc większość z nich jest pantoflarzami, czego im absolutnie nie zazdroszczę. Mają jednak  pewne fizyczne zalety: ich ciało dłużej broni się przed starością. Podczas gdy w pewnym wieku kobieca twarz więdnie, ich nabiera męskiego wyrazu. My coraz starsze i obwisłe, oni coraz dojrzalsi.

piątek, 16 marca 2018

Kabaret



W aptece.

Kolejka niewielka, starsza pani przy okienku może więc pożalić się nieco dłużej. Na oczy, wątrobę i starość. Wszystko to jednak odbywa się z humorem. Gdy jednak przychodzi do płacenia nastrój się gwałtownie zmienia

-16,50? Boże co za czasy! Żydkom tę Polskę wyprzedają, a my za to płacimy Dotacje na te ich cmentarze dają milionowe, a nasze groby się sypią. Gdzie tu sprawiedliwość, tak obcym rozdawać? Żadnej godności naszej narodowej już nie ma!
Pani w okienku dalej słodko przytakuje.

Ruszyłam w kierunku kobiety- niby pieprzy sobie bzdury, ale nie można wobec takich postaw być obojętnym - bierność jest przecież przyzwoleniem. Zanim jednak coś powiedziałam ujrzałam ją z bliska-małą siwą staruszkę z zamglonymi oczami. i trzęsącymi się dłońmi..Nie miałam serca.....


Teraz myślę, że jednak powinnam była. Więc przynajmniej sobie napiszę.

sobota, 30 grudnia 2017

Strach

  Lekko zmierzcha gdy docieram do leśnego koczowiska Pana J. Specjalnie tytułuję go "pan" - to dla podkreślenia jego nadszarpniętego bezdomnością człowieczeństwa. Gdy dochodzę do namiotu słyszę rozmowę. Nie, to chyba nie rozmowa - głośno myśli, co zjadłby na kolację.

wtorek, 12 grudnia 2017

Torebka


   Ciemno gdy się budzę, ciemno gdy wychodzę z pracy. Cholera jasna, co za beznadziejna pora roku, w której noc trwa w nieskończoność!? Tylko patrzeć, jak dopadnie mnie jakaś mroczna depresja...

Po skończonej pracy wyszłam z kolegami. Ja byłam tu od rana, oni pracowali chyba ze trzy doby bez przerwy. Po takim  długim "cyklu" należało się im duże piwo. Mi za ten zbyt krótki dzień również.
Najpierw na chwilę do Ciebie, potem poszliśmy szaleć na miasto. Zmienialiśmy trunki i lokale, Ty za każdym razem siadałeś koło mnie (cóż za przypadek..) Wtedy jeszcze nie miałeś pojęcia, że zastawiłam na Ciebie sidła - będąc w Twoim domu prawie niechcący zostawiłam na krześle moją torebkę...Wróciłam  po nią z Tobą bardzo późno i niekoniecznie trzeźwa.
Nie powinnam była wracać - byłam mężatką, Twoją szefową.
Przed nami była długa, ciemna noc. Tak  długa, że rano obydwoje już wiedzieliśmy, że będziemy ze sobą do końca świata..
Dziś mija 20 lat od tej "torebkowej nocy". Czy kupisz mi nową? Taką dużą trójkątną, pod ramę roweru poproszę. Późną wiosną zastawię  z niej  na Ciebie sidła w miękkim zbożu. Lub na łące pełnej mlecza. Wszędzie!




czwartek, 19 października 2017

Z.

Długo wahałam się, czy powinnam ten napisany wiele lat temu tekst opublikować - to moje bardzo wrażliwe wspomnienia. Zdałam sobie jednak sprawę, że jeśli mam jakiś wybór, to nie chcę mieć  akurat takich intymności. Niech idą  więc w świat ode mnie!


--------------------------------------------

- Dlaczego się tak trzęsiesz? Nie bój się. Nic ci nie zrobię...pokaż te swoje małe cycuszki. Dopiero zaczynają rosnąć...no nie trzęś się do cholery, weź ręce z guzików od spodni. Daj, wsadzę Ci tam rękę i będzie ci naprawdę dobrze...
Leżałam skulona i przerażona na  śmierdzącym łóżku odwrócona w stronę ściany. Za mną Z. - obleśny nagi staruch. Gdy weszliśmy do jego małego dzikiego domku nad Sanem zamknął drzwi na klucz i schował go do spodni. Wtedy pierwszy raz poczułam, że chyba coś jest nie tak...
Miałam ogrodniczki  - to mnie ratowało. Mocno ściskałam szelki spodni, a gdy próbował mi je zdjąć gryzłam go po rękach. Nie krzyczałam, bo nie umiałam wydobyć z siebie krzyku. Bo bałam się tego sapiącego (mimo wieku wciąż jeszcze silnego) dziada. Bo...krzyk nic by nie dał na tym cholernym, bieszczadzkim odludziu..
Tymczasem jego obleśny sztywny kutas wpychał się między moje zaciśnięte uda
- no pogłaszcz go!
Siłą przesunął moją zaciśniętą na guziku o spodni dłoń do tego obrzydlistwa.
Szamotanina trwała wiele godzin. Cały czas płakałam. Dotykał mnie, lizał, wtulał się. A ja trzymałam mocno guziki  i błagałam, żeby sobie poszedł. Myślałam o nadchodzącym świcie i kluczu znajdującym się w kieszeni porzuconych spodni. Kluczu,  który mógł dać mi wolność...

poniedziałek, 16 października 2017

Wspomnienie ulotnej chwili lata...




 Zmrok. Siedzę na brzegu rzeki Stochód na Wołyniu i szukam inspiracji do napisania tekstu -  najpóźniej jutro muszę go jakoś wysłać do redakcji. Cudowna, leniwa rzeka w kolorze miodu zmienia swoje barwy na nocne, lilie wodne i żółte grążele powoli giną w szarości nocy. Silny zapach mięty rosnącej na brzegu unosi się w powietrzu – chyba czas na jakąś herbatkę?
Siedzę w miejscu, gdzie z powodu upału jeszcze przed chwilą spore stado krów ponad godzinę moczyło się w wodzie po ogony (cóż za widok!), piękne konie długo piły wodę, stado gęsi przyszło, pokąpało się, pogęgało i samodzielnie odmaszerowało do wsi.
Ach, ta wieś, jak ze snów! Taka prawdziwa, gdzie w sklepie kupisz tylko chleb, sól, cukier, koncentrat pomidorowy i sztuczny kolorowy wieniec na grób, a babiny w chustach siedzą przed drewnianymi chatkami. Gdzie dzieci na drodze bawią się patykiem, a wóz z sianem środkiem jedzie... Ach, chyba znów zakochałam się w mijanych miejscach!

Czas sobie leniwie płynie, moja kartka papieru (precz z komputerem, tabletem, telefonem, ba – precz z cywilizacją!) wciąż pusta, gdy tymczasem na brzegu zrobił się ponownie gwar, a w wodzie pojawiły się postaci. Mimo ciemności, dokładnie widzę zarysy sylwetek – to stare kobiety. Są półnagie (na sobie mają tylko długie, mokre spódnice), głośne i radosne niczym młode dziewczyny. Piszczą, dowcipkują, myją sobie plecy, chlapią. Wiedzą, że nie są tu same, ale nie ma w nich wstydu – to one są tu na miejscu, ja jak zwykle – tylko przejazdem. Sama nie wiem, czy powinnam tu być, czy może jestem jakimś niepotrzebnym dodatkiem? Hm, chyba siedząc na trawie z kartką i długopisem, jestem trochę nie na miejscu..
Czas na kąpiel!


poniedziałek, 4 września 2017

Dzika natura

Poznałam ich w drodze – ja rowerem, oni terenowym samochodem. Zatrzymałam się w sklepie w poszukiwaniu czegoś jadalnego, oni już tam byli. Na mój widok wydali okrzyki zachwytu, po czym wyściskali jak dobrego znajomego. No, bo mój blog, rower, tułaczka bez celu – oni to kochają! Nie będę ukrywała, że mój blog nie jest powszechnie znany, a ja nie przywykłam do takich powitań.  Nie napiszę  też, że takie sytuacje są mi obojętne – to bardzo miłe uczucie. Gdy więc zaproponowali wspólny nocleg gdzieś w plenerze, mimo potrzeby samotności nie odmówiłam. Ale umówiliśmy się, że spotkamy się w lesie dopiero wieczorem – w ten sposób i ja, i oni mogliśmy realizować swoje odmienne plany jeszcze przez pół dnia.

sobota, 26 sierpnia 2017

Krzywe nogi

    Byłam w czwartej klasie podstawówki gdy na lekcji w-f okazało się, że mam talent do biegania. Nie chodziło tu o sprinty, a o długi dystans. Byłam najniższa, rok (a w zasadzie prawie dwa) młodsza od koleżanek, a mimo to w biegu na 1800 m wyprzedziłam je dość znacznie. Biegłyśmy te tysiąc osiemset  metrów w kółko po niewielkim szkolnym boisku, trzeba więc było liczyć ilość okrążeń. Zdublowałam koleżanki dwukrotnie,  nauczyciel zajęty czymś innym   nie uwierzył  mi jednak i kazał z innymi biec dalej. Przy kolejnym biegu (który już obserwował) uwierzył. Pogratulował i powiedział, że musi zabrać mnie na zawody międzyszkolne. Koleżanki z klasy były na tyle zazdrosne, że postanowiły mi dopiec:
 - musiałaś wygrać, bo  tak zarzucasz tymi nogami na boki, że nie sposób cię wyprzedzić!
Hm, zarzucam? Nic o tym nie wiem?
Niestety brat  potwierdził: zarzucam!
Od tego czasu unikałam biegania na wuefie jak ognia, oczywiście nie dałam się również zapisać na żadne międzyszkolne zawody. No i na dalszą część życia polubiłam hasło "nie biegam, bo nie lubię". Nic w tym zresztą dziwnego:  z reguły rowerzyści podchodzą z pewnym przymrużeniem oka do biegania, podobnie jak biegacze do rowerowania.

   Przez  prawie 40 lat nie biegałam nigdy. No może do przystanku, czy goniąc odjeżdżający pociąg, ale z pewnością nie biegłam w sposób z góry zaplanowany. Przełamałam się w zeszłym roku -  pobiegłam, bo chciałam  zrozumieć narastającą  powszechną ekscytacje tym sportem.
 Od początku zajęcie to okazało się być przyjemnie. Wciągnęło mnie jednak jedynie do momentu, gdy nieopatrznie wybrałam się na przebieżkę z synem..W biały dzień, uczęszczaną ścieżką (do tej pory biegałam o brzasku i na odludziu)  No i oczywiście trafiłam na znajomych...Natychmiast wrócił kompleks z dzieciństwa - ja i moje krzywe nogi "w akcji",  na widoku publicznym!? Mniej wstydu miałabym gdybym stała tam naga!
Przestałam biegać, bo momentalnie przestało mnie to bawić. 

No i tak trwałabym w tym "niebieganiu" do końca świata zapewne, gdybym sobie nie uświadomiła, dlaczego nie biegam:  nie biegam, bo 40 lat temu ktoś mi dokuczył, nie biegam  bo zarzucam nogami niczym słoń afrykański uszami.(hm,  zarzucam w końcu, czy nie zarzucam?)  Cóż za głupota! Tym bardziej że ta historia przytrafiła się mi - osobie dość  niezależnej. Muszę zlikwidować w sobie to beznadziejne ograniczenie!
Dwa miesiące temu zaczęłam znów truchtać po łąkach, lasach i wsiach. Wolno, przyjemnie, zachowując stały rytm. Bardzo, bardzo sympatyczny sport, mobilizujący ciało i wyciszający umysł. 

No a co z krzywymi nogami?  Rozprawię się z tematem jutro, podczas startu w Biegu Chełmońskiego. Nie biegnę, by dobiec na czas,  wyprzedzić, być lepszą - to mnie zupełnie nie interesuje (ścigam się zawsze jedynie sama ze sobą) - pobiegnę pokazać światu moje "zarzucacze" w akcji i  do końca unicestwić kompleks. Kibicujcie mi proszę!

PS.  Oczywiście ustawię się gdzieś na końcu stawki, by nikt nie miał problemów z wyprzedzaniem ;)

EDIT 27.08 - dałam radę :)

czwartek, 17 sierpnia 2017

Sto (mokrych) dróg


Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu...
   Upalne popołudnie. Kolejny dzień przemieszczamy się kajakami po rzece Stochód na Wołyniu. Rzeka w kolorze miodu (zapewne zawdzięcza ten kolor rozległym bagnom, po których płynie) zmienia się jak w kalejdoskopie - bywa szeroka, ciemna głęboka, by w jednej chwili przemienić się w kilka wąskich i jasnych strug wijących się setkami zakrętów wśród trzcin i bagien. Którą wtedy ścieżkę wybrać, by nie zabłądzić? Mimo włączonego gps-a i satelity  często nie wiadomo - tu zmiany zachodzą zbyt prędko, by jakieś mapy mogły to na bieżąco uchwycić. Wybieramy więc tę najszerszą i najmniej zarośniętą.