piątek, 26 maja 2017

Słaba płeć


foto: Meteor2017
  Czy ja już kiedyś pisałam, dlaczego bardzo lubię być podróżującą kobietą? Nie? To dziś o tym napiszę...

Po pierwsze. Gdy podróżuję, zawsze mogę liczyć na pomoc przypadkowych ludzi. Sami zatrzymują się i pytają, czy mogą w czymś pomóc. Nie, to nie jest reguła dostępna dla wszystkich podróżników – gdy jest ze mną mąż, sprawa wygląda odmiennie. Również zimą, gdy moja płeć pozostaje zakamuflowana pod grubą warstwą ubrań, reakcje wybawców bywają jakby ostrożniejsze.

Po drugie. Z reguły wystarczy, że mam przy sobie odpowiednie narzędzia, a nie muszę się martwić o to, do czego one służą. Popsute przerzutki, niedokręcone kierownice i siodełka naprawiają się same. Bosko, prawda? Aby się tak zadziało, wystarczy w odpowiedniej chwili zademonstrować „kobiecą bezradność”. Celowo nie wymieniłam tu zwyczajnego „flaka” – no bez przesady, do takiej naprawy pomocy mi nie potrzeba…

środa, 17 maja 2017

Weronika



"Jestem Weronika, mam 7 lat. Mama jędza mnie bije!" -  to pierwsze słowa z mojego pamiętnika, który obsikany przez kota Fu-fu kilka lat później, nie dotrwał do dzisiejszych czasów. A szkoda, bo bardzo jestem ciekawa swoich dziecięcych światów...

czwartek, 11 maja 2017

Milczenie



 Idę sobie ulicą zadowolona z siebie - dobry dziś dzień miałam - dzieci mają swoje sukcesy,  klient w pracy pochwalił, dostałam gwiazdę  od znalazcy ukrytego przeze mnie skarbu(przyznaje się ją tylko super-skarbom). Do tego mąż przytulił z rana jakoś mocniej i głębiej w oczy popatrzył...żyć nie umierać!  I gdy tak sobie idę tą ulicą uśmiechnięta, mijam znajomych (Żyrardów to małe miasto, zawsze kogoś spotkasz) Chętnie opowiedziałabym im dlaczego się uśmiecham.  Niezależnie jednak od tego, jak blisko się znamy pytanie z ich strony pada zawsze  szybko i zawsze tylko jedno:
- a ty nie na rowerze?
Świat zaczął widzieć we mnie tylko lekko zwariowaną rowerzystkę bagienną (z lekkim zboczeniem na liski). Jeśli mam z kimś rozmawiać, to nie o emocjach życia codziennego, ale o tym, ile kilometrów zrobiłam i gdzie. No  i jak bardzo narażam się na niebezpieczeństwa i po co to robię. To zrobiło się nudne..
Nie jestem maszyną od przygód- jestem człowiekiem. Z tłumem przeżyć i doznań. Tych rowerowych i tych bardzo ważnych - "zwyczajnych".
Przestałam więc liczyć kilometry spędzone na siodełku, przestałam pisać o "rowerowaniu".  Chcę, by świat (ten realny)  na nowo dostrzegł we mnie normalnego człowieka.  No dobra, z tym "normalnym" to przesadziłam, ale uwierzcie mi - mój tyłek nie jest na stałe przyrośnięty do siodełka - odklejam go stamtąd dość często dla innych doznań (o których pisać tu nie będę 😜)

Coś jednak napiszę. Wkrótce.


piątek, 13 stycznia 2017

Bardzo zimna opowieść - styczeń 2017

Energicznymi ruchami rąk odgarniam hałdy sypkiego śniegu formując prostokątne wgłębienie. Powinno ono mieć ze dwa metry długości, szerokości z półtora. Nieważne zresztą jak duże - ważne by postawić namiot nieco we wgłębieniu, na stabilnej powierzchni.. Równie istotnym jest, by w tej chwili całych czas się ruszać, by nie wychłodzić rozgrzanego drogą organizmu. Tanecznym krokiem wyciągam więc z sakwy namiot, szybko go rozstawiam. Teraz powinnam pomyśleć o czymś zamiast śledzi (pod warstwą śniegu jest skuta lodem ziemia, bez szans na wbicie tu czegokolwiek). Rozglądam się kreatywnie po okolicy (śnieg powoduje, że mimo nocy dość dobrze widać zarys lasu). Wielkie świerki, poniżej śnieżna gładź - jak mam tu znaleźć choćby nawet większą gałąź, nie wspomnę o kamieniu?
Po dłuższych bezskutecznych poszukiwaniach (zanurzanie rąk w miejscach białych śniegowych wybrzuszeń) zmieniam tor myślenia- olać śledzie, nie zdmuchnie namiotu ze mną w środku - nie bez powodu przytyłam ostatnio. Przykrywam kołnierz śnieżny grubą warstwą puchu - to żeby nie wiało do środka chłodem. Będzie dobrze!

Prawidłowo "zakopany" namiot. Ciepło aż bije z jego wnętrza...
Oczywiście gdzieś tam z tyłu głowy jest myśl, że chyba generalnie z tym samotnym, mocno zimowym biwakiem na górskich bezdrożach to przeginam (nie jestem zaprawionym w mrozach himalaistą a zwykłą, starzejącą się babą co siaty ze sklepu nosi) ale staram się nie dopuszczać tych myśli do mojego Centrum Dowodzenia - teraz jestem Twardym Pogromcą Zimy!
Warstwa folii ratunkowej (izoluje od zimnego podłoża), karimata, znów folia. Ok, można wrzucać śpiwory (dwie sztuki) i sakwy do namiotu. No i na koniec siebie umieścić w tej kostnicy.
Spoglądam na termometr - minus dziewięć. W sumie jak na pierwszą noc w tej podróży to chyba nie tak źle (zapowiadają do -20) Najtrudniejsze jednak przede mną - trzeba się trochę rozebrać (kurtka, spodnie narciarskie, mokre skarpety i buty)i wejść do absolutnie lodowatego śpiwora. Ratunku, jak zimno! Zaszywam się w tym mroźnym wnętrzu razem z głową, pozostawiając jedynie niewielki otworek na dopływ powietrza. Jeszcze tylko pół godzinki chłodu i bardzo powoli nastaje ciepełko...

Po krótkiej przerwie we śnie na oddanie moczu (proszę Cię Wrono, nie zaczynaj tej historii od urofilnych opowieści - masz na to dużo miejsca poniżej) budzę się około ósmej. Cud się stał- jest mi naprawdę ciepło! Odwilż jakaś nastała czy co? Jednak po wyciągnięciu rąk ze śpiwora zmieniam zdanie - w namiocie jest bardzo zimno.. Szybko zakładam kurtkę i rękawiczki (czapkę mam cały czas na głowie. )
- no to może kawkę pani Wrono? - gadam sama do siebie podekscytowana faktem, że oto przetrwałam, w dodatku bez odmrożeń..
No nie, aż tak nie przytyłam- mam pod kurtką kilka warstw ubrań :)
Otwieram sakwę, wyciągam butlę gazową i palnik. Szukam wody...fuck - wodą w butelce zamarzła! Na szczęście mam w termosie wczorajszą herbatę. Zagotuję ją więc i będzie kawko-herbatka. A i przy okazji robienia wrzątku włożę weń tę zmrożoną butelkę z wodą, by odtajała.
Czajnik nastawiony, czas więc może na jakieś mycie, a raczej przecierki. Nic z tego - mokre chusteczki również zamieniły się w lodowy kamień, zamarzły mi też skarpety (spoko - mam suche na zmianę) i przemoczone na śniegu buty (morduję się z 15 minut by włożyć w nie nogi i nie połamać).
Woda się gotuje, ale w namiocie śmierdzi gazem a płomień jakoś dziwnie skacze. Postanawiam więc, że dla bezpieczeństwa herbatę do termosu zrobię już na zewnątrz.
Śniadanko..Zmrożony na kość chlebek (na szczęście krojony), wędlinka też jest lodowym sorbetem i w tym stanie nie nadaje się do spożycia. Jest jednak i miłe zaskoczenie - żółty ser nie zamarza!
Sens tej podróży przychodzi do mnie tuż po wyjściu z namiotu: jestem w cudownym baśniowym wręcz lesie, gdzieś w Sudetach. Moje wczorajsze ślady pozostawione na śniegu mieszają się dziś ze świeżymi śladami zajęcy. Zimno i wielka cisza przerywana delikatnym szumem wiatru. W mojej głowie również cisza. Jestem szczęśliwa!

Herbaty nie udaje mi się zrobić - gdy odpalam ponownie gaz butla wybucha sporym płomieniem niszcząc palnik. Trzeba mi więc gdzieś w drogę, do ludzi, do wrzątku.

-----------