wtorek, 9 kwietnia 2013

Lewatywa


1977
LEWATYWA

Maciek miał na wiosnę dwie operacje nerek. Strasznie mu tego zazdrościłam! Poleciał do Warszawy samolotem, dostał super zestawy klocków z ludzikami. No i nawet tata się nim interesował...Co ja bym dała, żeby mi tez chcieli coś zoperować....

Tego lata po czterech latach spędzonych w dzikich Bieszczadach wróciliśmy na stałe do Warszawy. Mój kot, Szaruś niestety nie wrócił. Uciekł podczas pakowania. Mieli mi go dowieźć później. Długo czekałam. Nie dowieźli....


Nudno było nam w tym nowym otoczeniu strasznie. Rzeki nie było, lasu nie było, drzewa były, ale włazić na nie można. Po łące też nie wolno było biegać. Co tu robić? Wisieliśmy całe dnie przed domem na trzepaku i po raz pierwszy w życiu się nudziliśmy. Z czasem jednak okazało się, że Warszawka ma dla nas coś do zaoferowania. Po pierwsze były lody kulkowe w Palermo. Wystarczyło „na sierotkę” wyłudzić 50 gr od przechodnia i była już frajda. Po drugie, w naszej okolicy wszędzie były schrony przeciwatomowe. Pod przedszkolem, szkołą, przy fontannie. Było więc gdzie się bawić w dom...Były kina, gdzie wpuszczali na filmy od 12 lat nie prosząc o legitymację ( o jak ja się lubiłam bać na „Godzili”!)

Warszawiacy okazali się być niegospodarni. W Łazienkach rosły mirabelki i orzechy i nikt ich nie zbierał. Oprócz nas oczywiście...Zadowoleni targaliśmy pełne plecaki znalezionych „skarbów” do domu. I nie bardzo rozumieliśmy, co było w tym niewłaściwego?

Zmieniliśmy szkołę. Dzięki pomocy brata, który nauczył mnie całego materiału z pierwszej klasy przeskoczyłam jedna klasę i teraz mogliśmy siedzieć w jednej ławce. Budynek szkolny znajdował się dosłownie na naszym podwórku. My, przyzwyczajeni do tego, ze wstajemy po ciemku i idziemy do szkoły 4 kilometry, przez długi czas byliśmy w szkole już o siódmej rano..

Pierwszy dzień w nowej klasie. Mimo tego, ze weszliśmy do klasy razem, stres był ogromny.... Dzieci okrążyły nas wkoło i wypytywały. A my naiwnie opowiadaliśmy o naszej wioseczce, o strumykach i pszczołach na koniczynie. Bo czuliśmy wtedy, że to jest dużo fajniejsze niż miejski beton. Dzieciom niewiele trzeba było więcej mówić. Zostaliśmy „wsiarzami”. Pierwszego dnia taki przydomek- no nie fajnie. Gdy więc na kolejnej przerwie dzieci podeszły do mnie chciałam pochwalić się czymś absolutnie wyjątkowym i niepodważalnym. Opowiedziałam więc o operacji Maćka. I o trudnym wydarzeniu, które przetrwał i cała rodzina była wtedy niego dumna: o lewatywie. Fajne słowo prawda? Dzieciakom się też spodobało. Biegali za moim bratem i je wykrzykiwali. Ale on, zamiast się cieszyć uciekł ze szkoły do domu! Nie rozumiałam absolutnie co się stało. Wezwano natychmiast mamę. Ta przyszła z zapłakanym Maćkiem...Był nieszczęśliwy! Mimo, że nie wiedziałam, co takiego zrobiłam strasznego, było mi bardzo wstyd! Nie chciałam go skrzywdzić! Oficjalnie go przeprosiłam przy wychowawczyni, zamierzałam też jakoś mu to wynagrodzić w domu. Nie dał . mi jednak na to szans. Gdy tylko weszliśmy do domu dostałam tęgie lanie....

I tak rozpoczęła się w naszym domu zimna wojna...Brat mnie bił, a ja byłam „kablem” - donosiłam mamie o każdej jego wpadce w szkole zanim w ogóle zdążył dojść do domu. Więc znów mnie bił...Oczywiście przesadzam, bo były też zawieszenia broni. To czas, kiedy się wspólnie bawiliśmy i uczestniczyliśmy w zbiórkach zuchowych. Ale szkoła i sprawy szkolne zawsze były poligonem!

Na rozpoczęcie czwartej klasy poszliśmy już osobno: Maciek do „4a” a ja do „4b”

1 komentarz:

  1. Jak to przypadkiem można sobie wroga na lata zrobić, jej... a taka łatka z pierwszego wrażenia przylepia się do człowieka w szkole natychmiast :(

    OdpowiedzUsuń