piątek, 29 maja 2015

Syrena

Fotografia: foto-gramy.pl

   To było tak dawno temu, że nie potrafię nawet określić kiedy. Nie było wtedy internetu, komórek, szybkiego Pendolino, ani nawet supermarketów...Co więc było? Ja oczywiście byłam, do tego już dorosła, dokładnie tak jak teraz. Nie śmiejcie się proszę - wiem że wyglądam nieco inaczej niż  dwadzieścia lat temu, jednak z mojej perspektywy czas dzieli się na dzieciństwo i dorosłość. To pierwsze minęło, to drugie (mimo że zaczęło się chyba dawno temu) wciąż jeszcze trwa...


Tak więc dawno temu, gdy nie było jeszcze niczego moja mama kupiła  samochód...


 
Fotografia: foto-gramy.pl
To był pierwszy samochód w rodzinie, wyjątkowy pod wieloma względami. Po pierwsze był syrenką. Po drugie miał drzwi otwierane w drugą stronę. Miał również cudowne czerwone siedzenia. Ale najważniejszą jego cechą było to, że był prawie nieużywany - właściciel jeździł nim tylko w niedziele do kościoła. Tak,  więc trafił się mamie absolutnie święty samochód, który pół życia w garażu, a drugie pół w kościele spędził (wtedy nie wiedziałam, że to pierwszy taki model z wielu, jaki zdarzy mi się jeszcze zobaczyć)  A do tego w "gratisie"  był jego brat-bliźniak, który jednak do mszy  nie służył. W polu chyba orał, bo tylko części z niego zostały.
Tak więc pewnego lata  przyjechałam do mamy do jej małej górskiej wioseczki i zastałam "to-to" na podwórku. Piękne, cudowne i z klaksonem. Mama od razu w świat ze mną jechać chciała, ja jednak musiałam chwilę odetchnąć. Ze względu na wspomniany już wcześniej brak Pendolino moją prawie 12 godzinną podróż z Warszawy do Krosna musiałam odbyć zwyczajnym, brudnym pociągiem. Na korytarzu, stojąc na jednej nodze i wciągając nosem smród toalety i gęsty dym z papierosów innych współpasażerów. Teraz położyłam się więc na trawie za domem i patrzyłam bezmyślnie  w chmury. Chwilę tylko, bo już po chwili skakało po mnie moje małe rodzeństwo (ile oni mieli wtedy lat? Pięć i dziesięć?  chyba jednak jestem w stanie określić datę tych wydarzeń? E tam - po co?)
Fotografia: foto-gramy.pl
Skakali, żyć nie dali - w podróż jedziemy! Cóż było robić? Jedziemy! Mama przyszykowała się jak na prawdziwą wyprawę - duża butelka z wodą, bochenek chleba.
- pojedziemy na Pstrążne, do Anki. To 40 kilometrów stąd, za godzinę dojedziemy!
CZTERDZIEŚCI kilometrów w godzinę! Czyż to nie cudowne! Wsiadłyśmy i zatrzasnęłyśmy drzwi  naszej pięknej limuzyny (jedne trzeba było przywiązać sznurkiem, bo zamek nie działał - widocznie poprzedni właściciel tylko tymi drzwiami święconkę do kościoła wynosił) i w drogę! 
Dzieci z tyłu wlepiły nosy w szybę, ja wygodnie rozłożyłam się z przodu,  mama  za kierownicą. Z dumą pokazywała mi pracę wycieraczek. 
Świat zewnętrzny z kabiny samochodu wydawał się kompletnie inny. Krajobrazy zmieniały się dużo szybciej, wszystko wkoło wydawało się piękniejsze, bardziej kolorowe. Pomyślałam, że też kiedyś kupię sobie brykę. Bo mieć samochód to chyba być wolnym i szczęśliwym...
Awaria nastąpiła przy pierwszej górce, pięć kilometrów od domu. Spod maski zaczęły wydobywać się kłęby dymu. Stanęłyśmy. Woda z chłodnicy znikła i silnik się gotował. Butelka i szybka wizyta w pobliskim strumieniu rozwiązały sprawę. Gorzej było w połowie góry (znów spacer nad rzeczkę w dole) a na szczycie to już fatalnie. A po dziesięciu kolejnych kilometrach i pięciokrotnym dolewaniu wody pomyślałam, że chyba jednak samochodu nie chcę...
Czterdzieści kilometrów pokonałyśmy w siedem godzin.  Drugie siedem wracałyśmy...

Tydzień później kupiłam rower i wyjechałam w pierwszą podróż...
Krajobrazy zmieniały się dużo szybciej, wszystko wkoło wydawało się piękniejsze, bardziej kolorowe....

Fotografia: foto-gramy.pl

4 komentarze:

  1. siedem godzin? teraz rozumiem pasję rowerową... :D

    Też mieliśmy Syrenkę, ale wersję z drzwiami "normalnymi". Pierwszym autem w rodzinie była jednak Skoda Octavia. Ciekawe, czy Dziadek się gdzieś tam cieszy, że jeżdżę teraz jej młodszą wersją...

    OdpowiedzUsuń
  2. Syrenkę miał mój wujek kiedyś. Dokładniej trzy syrenki, bo w syrenkach ciągle coś wysiadało, więc trzeba było szybko wymieniać. Ech, gdzie te czasy, kiedy człowiek miał gdzie zaparkować trzy syrenki pod blokiem, hi hi. Mój tato miał dużego fiata, nie wiem czy kupił go jako nowy czy używany, ale żadnej awarii nie pamiętam. Mało z nim jeździłam, a potem rodzice się rozwiedli i ten samochód to była jedyna rzecz, która mu po rozwodzie została (plus kilka szklanek, które po cichu wyniósł i mama po złości za te szklanki nie chciała mu oddać jego krzeseł... dorośli, a jak dzieci).

    OdpowiedzUsuń
  3. co do syrenki w rodzinie to też miał ją wójek juz nieżyjący ( szkoda jak cholera ). Miał żyłkę podóżnika i już w tamtych czasach pamiętam ją zapakowaną w jakąś trasę czy na urlop. Pamiętam bp. rozkładany stolik. Pewnego razu po drzodze wpadli do nas tą syrenką i podczas zabawy wójka syn a mój kuzyn rzucił jakiś gruby drąg na dach tej syrenki powodując jego wgniecenie. Wujek naprawił na miejscu to uszkodzenie używając tylko tego co miał w samochodzie i po tej naprawie to co najbardziej mi utkwiło to fakt, że do umycia rąk niechciał korzystać z naszej wody tylko i na tę ewentualność był przygotowany i miał oczywiście mydło i wodę w takim gumowym pojemniku i tylko poprosił aby polewac mu ręce wodą z tegoż pojemnika. Moi rodzice natomiast jako pierwszy samochód mieli warszawę garbusa kolor niebieski - ojciec jak jechał na ryby to na tylnej klapie przywiązywał swoim sposobem ponton. To były stare ale też w peiwen sposób fajne czasy ech - hej pozdrawiam wronę bez a nawet z ogonem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za historię i pozdrowienia. Też pozdrawiam. Prawie wakacyjnie :)

      Usuń