środa, 28 sierpnia 2013

Wakacje 2


- Mamo, a daleko do tej Szwecji, do Szymona?
    - No daleko, trzeba przepłynąć przez cały Bałtyk córeczko...
    - To przepłyńmy proszę!
Tak zaczęła się nasza wielka wakacyjna przygoda...


Najpierw szybka podróż do Świnoujścia ( wyjątkowo krótka i bez korków. I wcale się po drodze nie nudziliśmy), potem poszukiwanie odpowiedniego sprzętu do podróży- nasza wielka tratwa zbudowana na beczkach po ropie jakby czekała na nas przy samym promie... Bazio i Klemi  niechętni do podróży (ech, te dzisiejsze nastolatki!), ale po zobaczeniu naszego nowego sprzętu pływającego w końcu i oni nabrali ochoty. Piotr uśmiechnął się tylko – wiedział, że łatwo nie będzie, ale za mną pójdzie (a raczej popłynie) w ciemno..W ostatniej chwili Estera przypomina nam o paszportach- to ważne, żeby po drugiej stronie „wielkiej wody” nie wzięli nas za uciekinierów...
Spodziewałam się, ze nasze wypłynięcie wzbudzi jakiś większy podziw - machałam, krzyczałam „do zobaczenia” a zauważeni zostaliśmy jedynie przez jedną parę z dzieckiem. Chłopaki zresztą jak zwykle byli moimi wygłupami z lekka zażenowani...
Dwie pary wioseł. Ale tak naprawdę efektywnie wiosłuje się w dwie osoby, po jednej z każdej strony. Do przebycia mamy...zaraz spójrzmy na mapę....220 km. Tak na oko ze 4 dni...Taki też mamy zapas żywności – woda, dużo konserw (rybnych oczywiście) i 6 bochenków chleba. Pogoda zapowiada się stabilnie, bez wielkich fal i sztormów. Zresztą, mamy GPS i telefony, w razie czego jakoś nas uratują.
Już na samym początku buja...oj buja......beczki ocierają się o siebie i skrzypią przeraźliwie! Zamykam oczy. Niedobrze mi. Ale nie będę dawała złego przykładu rodzinie - nie zwymiotuję! Płyniemy. Brzeg powoli się oddala. Motorówki, żaglówki, wszystko znika dość szybko – trafiliśmy szczęśliwie na odpływ, więc niespecjalnie musimy się wysilać. Szybko przestajemy wiosłować. Bazio wypatruje rekinów, Klemi wyciąga wędkę i zamierza złowić „coś grubszego”. Piotr spokojnie czyta książkę, Estera ogląda w wodzie małe różowe rybki... A ja próbuję nie odczuwać bujania!
Chłopaki nie wytrzymują długo na tak małej przestrzeni bez kłótni. Najpierw drobne kuksańce, potem popychanki. W końcu Bazyli ląduje w  wodzie.  Nic w tym strasznego, ale nasza tratwa ma podest ok. metra nad lustrem wody i nie bardzo jest jak wejść znów na pokład - syneczek próbuje bezskutecznie przez pół godziny.  Nawet jest już nieco zziębniety i obiecuje poprawę...Dlaczego nie wzięliśmy liny? Nie wiem! Ale mamy przecież  koc! Zwijamy więc go w rulon i wspólnymi siłami (niczym dziadek z rodziną rzepkę w ogrodzie) wyciągamy  naszego zimnego "topielca". Robię mu rozgrzewającą herbatkę (połowa wylewa się  natychmiast z powodu bujania) i zaczynamy wiosłować dalej..
Nagle widzimy zbliżającego się intruza! Nie do końca wiemy po co nadpływa, ale z pewnością zbliża się konkretnie do nas! Stanowczy rytm jego kroków..ups..stanowczy warkot jego motorówki....
 - a Państwo długo jeszcze tu będą, czy opuszczacie już nasz ośrodek?
No i zaburzył nam facet całą przygodę!
Przez chwilę leżymy całą rodziną znudzeni na mocno kiwającym się na wietrze pomoście, gdzieś na Mazurach...Na szczęście tylko przez chwilę - rekin–ludożerca przerywa nam nudę!


2 komentarze:

  1. obry śledź grecki dobry i czeski ale najlepszy z firmy Roleski... to w kontekście rybek w puszcze.

    No i jaki paszport? To by Was musiało gdzieś pod Kaliningrad, albo Leningrad znieść, żeby paszport był potrzebny... a i tak bez wizy byłby o du... cztery litery potłuc.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ci natrętni kelnerzy wszędzie człowiekowi głowę zawracają, nawet na środku morza! ;)

    OdpowiedzUsuń