środa, 20 lipca 2016

Ponosić rower po górach Banatu*



5.07.2016



   Belgrad. Późne popołudnie. Składamy do kupy rowery w hali przylotów i wychodzimy na zewnątrz. Przed lotniskiem  wita nas żar z nieba. Rozglądamy się chwilę, po czym zlani potem uciekamy do wnętrza. Jak żyć w takim skwarze?! I w którą stronę mamy stąd jechać? Cholera wie - nasz GPS też uważa, że jest stanowczo za gorąco i w ramach buntu  mówi, że nie będzie nam nic pokazywał.

Nie to nie - biorę z lotniska darmową mapkę miasta i już po chwili mniej więcej wiemy, gdzie mamy sunąć. Zresztą to akurat jest jasne od początku - na wschód, do Rumunii.
Teraz jednak pooglądamy sobie wieczorny Belgrad. Małe przycumowane barki na Sawie i Dunaju pełne są ludzi. Taki przyjemny, kawiarniany klimat. Nowo remontowane nabrzeża są czyste, w miarę nowoczesne i oświetlone.  Mimo wieczornego nastroju nie ma tu pijanych ludzi. Muzyka, trochę śpiewu...Pływające knajpy, pływające hoteliki. Nawet pływająca hala z  boiskiem do piłki się znalazła. Odnajdujemy też tablicę mówiącą o naddunajskim szlaku rowerowym -to kawałek EuroVelo - fajnie, wyprowadzi nas z miasta i możemy nim jechać aż do rumuńskiej granicy (czyli ponad 100 km).
Planowanie to chyba jednak nie jest dobry pomysł -  zarówno droga jak i jakiekolwiek oznakowanie szlaku kończą się dwa kilometry później, gdy zwiedzeni ostatnim znakiem  lądujemy w przybrzeżnych chaszczach. Tak więc czeka nas kolejna  próba nawigacji przy użyciu niezbyt dokładnej mapy zdobytej na lotnisku. Nie jestem w tym dobra, dlatego udaje się nam  przy okazji zwiedzić całkiem spory kawałek miasta.
Szlak  EuroVelo znajdujemy nocą i przypadkiem, po drugiej stronie Dunaju. Wiedzie wałem przeciwpowodziowym, czyli trasą,  jaką sobie sami wymyśliliśmy na kawałek podróży. Chwilowo jednak jest ciemno (i dalej gorąco), komary tną niemiłosiernie  tak więc rozbijamy namiot na nieogrodzonym boisku, chowamy się w jego wnętrzu przed bzyczącymi intruzami  i zasypiamy.


Upał budzi nas już o 6.30. Wychodzimy zaspani i półnadzy.  Jakaś pani (z pieskiem na spacerze) uśmiecha się do nas, z daleka macha do nas pan z kubkiem kawy - to właściciel tego terenu. Podchodzi, zagaduje. Wiedział, że musimy być z Polski, bo w zeszłym roku pewni  Polacy rozbili swój namiot dokładnie w tym samym miejscu. Pokazuje nam kran z wodą i zaprasza na kawę. O jak miło!
Jedziemy. Najpierw wałem, potem  niedużą szosą. Krajobraz monotonny - płaskie pola słoneczników i kukurydzy po horyzont. Do tego ten skwar!  Wykorzystujemy więc każdą okazję by posiedzieć w cieniu - knajpeczki i małe sklepiki (wszak trzeba zrobić sobie zapas żywności na kilka posiłków) są naszym sprzymierzeńcem w walce z temperaturą.

Dołowo. Małe miasteczko, pewnie z 10 tys mieszkańców.  Trzy kościoły, kilka sklepów. Na skwerze siedzą kobieciny, robią sobie sweterki na drutach i handlują arbuzami i melonami (a może odwrotnie. Kto je tam wie?) . Zatrzymujemy się, kupujemy jedną wypasioną zieloną kulę i szukamy cienia, by ją pożreć. Jakiś budynek (chyba publiczny, ale nie ma oznaczeń), jakaś klatka schodowa, stolik. Zimno, przyjemnie. Dosłownie za chwilę zjawia się młody człowiek który zabiera nas "na salony", do knajpki. Jesteśmy w domu kultury. W jednej części knajpki siedzą starsi panowie i grają w szachy, w drugiej inni piją kawę i piwo  w oparach szlugów. (tak, tak, tu się pali w zasadzie prawie wszędzie). Nam przypada miejscówka z kawoszami. Miroslav opowiada nam o historii miasteczka. Jest tak cudownie, pozytywnie zakręcony. Dobrze mieszkać i pracować w miejscu, które się naprawdę lubi! '
Dziś mamy nadzieję na dotarcie do granicy. Ze względu na mały ruch wybraliśmy przejście w Kaluderowie. Jedziemy więc niewielką  szosą, od czasu do czasu bitą drogą, potem znów szosą. Ruchu tu jak na lekarstwo.
Mijamy turystę (pierwszy napotkany). Spalone od słońca ciało, wielki plecak z napisem "Campus" - znaczy Polak! Szymon jedzie od 12 dni stopem z Polski nad Morze Czarne. Przypalił się słońcem, bo nie wziął ze sobą filtrów. Trochę mu się schodzi z tą podróżą, zmęczony, ale już jest prawie u celu!  Do granicy rumuńskiej pewnie ze 30 km, robimy więc zakład, kto pierwszy dotrze. Sądząc z ilości mijających nas samochodów mamy duże szanse na wygraną.  Zapominamy jednak wziąć od chłopaka jakiś namiarów, nie wiemy więc kto ostatecznie wygrał. Możliwe że on, bo nam zamarzyło się popływać w błękitnym jeziorku w Belej Crkvi i tu (jeszcze przed granicą) zostajemy  na noc...

Granica serbsko-rumuńska. Można by rzec, że po dwudniowej nieobecności wracamy znów do domu, do UE.  Droga ku niej mała, na przestrzeni kilkunastu kilometrów mija nas dziś może kilka samochodów. Krajobraz staje się fajniejszy, bo zaczynają się góry.
No więc kontrola graniczna. Paszporty pokazać  raz (dobro jutro),  drugi (buna ziuła),  a potem podejść do pani, tej w rękawiczkach.
-tigari, alcool?
-nu - powiedział spokojnie Piotr, ale jego spocona twarz nie wzbudziła zaufania.

 Pokazać co w sakwach. Najpierw Piotr. On ma zawsze wszystko pięknie poukładane i zrolowane, jakby przed chwilą wyjechał z domu. Misterne wałeczki z koszulek i spodni, nawet bielizna leży na jednym poziomie,  w równoległym orszaku. Jest co oglądać...
Ja zwykle pakuję sakwy w minutę, upycham wszystko po kątach, a na koniec wszystko pięścią poprawiam. Tak więc po otwarciu oczom celniczki ukazuje się stłamszona masa ubrań i wystający z reklamówki but (dobrze, że to początek naszej drogi, jeszcze nic nie śmierdzi).  Trochę mi wstyd, ale za to zniesmaczona kobieta odpuszcza sobie kontrolę od razu.
Tak więc jesteśmy w Rumunii. Wyobrażaliśmy sobie, że na granicy będzie jakieś życie, bankomat, knajpa, sklep. A tu nie ma nic - jeden urbeks,  i trzy  śpiące psy.
Pędzimy więc  do najbliższego miasteczka w nadziei na cień i kawę. W pierwszym napotkanym jest kawa, ale nie mamy skąd wziąć lei żeby zapłacić. Do kolejnego docieramy więc już nieco spragnieni (woda się właśnie skończyła). Pech, bo miasteczko Oravita zaczyna się w  dolinie, ale bankomat znajduje się jakieś dwa-trzy kilometry drogi  pod górę....Pot i przekleństwa - tak zaczyna się nasza przygoda z górami Banatu.
Miasteczko na stoku, nad nim (tam gdzie głowę trzeba zadrzeć  wysoko) króluje jakiś wielki budynek. Trzeba zobaczyć co to.  Po kilkunastu kilometrach drogi pod górę (i kolejnej porcji przekleństw) stoimy u jego wrót. Do budynków niestety wejść nie możemy (jakbym była sama to bym weszła, ale z Piotrem trzeba być legalnym). Urbeks okazuje się być   zbudowanym w latach 30-tych wielkim szpitalem gruźliczym . Od 30 lat nieczynny. Wygląda jednak że mimo braku okien, drzwi i niektórych ścian jest częściowo zamieszkały. Szkoda, że pilnowany - widoki z tego budynku na okoliczne doliny muszą być niezwykłe!
Ponieważ podjazdów dziś mieliśmy sporo (a i drogi niemało) postanawiam zorganizować wieczór miłości do strudzonego męża (który ponad wszystko lubi się kąpać pod prysznicem i załatwiać  w toalecie). Zatrzymujemy się więc na noc w pensjonacie w Aninie, małym górniczym miasteczku. Tu między ciorbą (zupa) a pui (kurczak) właścicielka wręcza nam mapę ze szlakami rowerowymi okolicy.  Jako że GPS w dalszym ciągu nie działa a jedyną mapą jaką posiadamy jest ogólna mapa Bałkanów, postanawiamy skorzystać z podarunku już  następnego dnia. Wtedy jeszcze nie wiemy, że ten kawałek papieru jest kluczem do najpiękniejszego dnia naszego wyjazdu...


Osiemnaście lat temu w ramach podróży poślubnej ruszyliśmy z Piotrem na rowery w Bieszczady. Ale nie tak zwyczajnie (czytaj:jak normalny człowiek)- przenieśliśmy wtedy rowery z sakwami przez obydwie Połoniny. Tyłki i wszystkie inne  mięśnie bolały nas wtedy tak bardzo, że  mój mąż  na koniec wyprawy  powiedział:
- nigdy więcej!
Mówił to jednak tak cicho, że nie usłyszałam chyba  dokładnie...
Wkrótce naszym  corocznym zwyczajem rodzinnym stało się targanie rowerów tam, gdzie inni rowerzyści niekoniecznie docierają. Zwykle dzieje się tak przypadkiem - gubiąc drogę i punkt odniesienia znajdujemy się w okolicznościach magicznych....











Szlak rowerowy  nr 21b z Aniny do Caransebes pasował nam idealnie. Bo my podążamy na północ (jakkolwiek brzmi to paradoksalnie: w stronę domu jedziemy), bo będą małe drogi, które obydwoje lubimy najbardziej...Zjechaliśmy z szosy na drogę betonową, potem na tłuczeń, by w końcu zacząć jechać zwyczajną leśną drogą. Ta jednak skończyła się gwałtownie po kilku kilometrach na jakiejś opuszczonej posesji. Zgubiliśmy się. Zawracamy więc  i uważnie oglądamy każdą odchodzącą ścieżynę. Gdy w końcu znajdujemy czerwony szlak jesteśmy przekonani, że to właśnie jest nasza droga.
Pięknie. Jedziemy sobie wąską ścieżką wyrytą w skalnym, porośniętym lasem zboczu. W dole wartka, błękitna rzeka Buhuj. Żywego ducha tu nie ma. Zaczynają się jaskinie. Cudne (dla mnie cudne, Piotr nawet nie próbuje tu wchodzić a i mi próbuje zabronić. Nie jest tu niebezpiecznie- ot długa dziura w skale z pięknymi  naturalnymi rzeźbami w środku. O co mu chodzi?) Nasza droga zaczyna być coraz bardziej skalista, nie można już jechać, trzeba prowadzić rowery. W końcu i prowadzić nie można, trzeba przenosić nasze objuczone i ciężkie dwukołowce przez zawalone tunele i wąwozy. A piękna błękitna rzeka dalej szumi w dole licznymi wodospadami.  Nią też od czasu do czasu przychodzi nam się przejść...


Spocona, zmęczona, ale szczęśliwa. Piotr zaś przeklina pod nosem. Bo nie wyjdziemy stąd do nocy (no i co z tego? Mamy namiot, mamy jedzenie na co najmniej dwa posiłki, możemy spać gdziekolwiek), bo ta droga to z pewnością nie rowerowa (zgadzam się z tym w pełni. Ale za to fajna jest). No może od czasu do czasu trochę niebezpiecznie z tymi rowerami tu jest...



Przy kolejnym omijanym  na wąskiej ścieżce głazie nieszczęśliwie trącam sakwę ( z racji ciągłego zdejmowania na trudniejszych przeszkodach przypięta jest tylko do bagażnika), ta spada kilkadziesiąt metrów w dół. Mina Piotra bezcenna - przez moment miał chyba ochotę wyrzucić swój rower w tę samą przepaść...Bardzo powoli i z wielkim  trudem schodzę, 
wydobywam sakwę  (na szczęście zatrzymała się na drzewie i nie wpadała do  rwącej rzeki)  z równie dużym trudem wychodzę na górę...Przygoda! Dalej był zalany wodą po ramiona tunel i kilometry noszenia rowerów wśród głazów. Kulminacją  naszego "męstwa" (hm, Piotr  uważa, że to kretynizm nosić rowery z sakwami po pieszym szlaku, ja uważam, że to jest pozytywna adrenalina) było przejście mostem, a raczej samą jego konstrukcją sterczącą 30-40 m nad doliną.

Tędy prowadził nasz szlak i innej drogi dla nas nie było...Przejść samemu jakoś można, ale nie wyobrażam sobie, jak można tu przenieść rowery? I tu Piotr  okazał się być moim prywatnym Supermanem!  Sam widok balansującego na wysokościach faceta z przewieszonym rowerem  sprawiał, że nogi się pode mną uginały... Jestem z niego naprawdę dumna!

Tego dnia nie udało się nam dojechać do  żadnej cywilizacji, za to udało się dotrzeć do zwyczajnej  leśnej drogi. Ta powiodła nas nieco niżej, na łączkę, Tu wieczorem kolację oświetlały nam świetliki a lodowaty strumień okazał się być najlepszą wanną świata...

Zgodnie ze wskazówkami z sieci powiesiłam sakwę z jedzeniem z dala od namiotu i czekałam  na niedźwiedzie. Nawet nie wiem, czy w ogóle w tych rejonach występują, ale co mi szkodzi ponasłuchiwać, czy nie idą? Tak naprawdę to nie  wypowiedziałam nawet  tych "niedźwiedzich myśli" głośno, bo Piotr i tak był  nocą w ciemnym lesie dostatecznie pospinany, by mu jeszcze wizję niedźwiedzia dokładać...








Zachodnia Rumunia bardzo przypomina mi moje dzieciństwo - to takie Bieszczady sprzed  lat. Zielone góry, łąki ze snopkami siana (nawet nie pamiętam jak i kiedy te zostały wyparte w Polsce przez kostki i "rulony") gdzieniegdzie piękne, smukłe konie orzące pole (tu już kończą się żniwa!). Na  pagórkach stada krów i owiec,  w dolinach wioski. Małe proste domki z czerwonymi dachami (najczęściej ustawione prostopadle do drogi)  przed nimi ławki. Na tych ławkach, w cieniu domów z reguły jest życie - starsze kobiety  rozmawiają, obserwują drogę, niemowlaki usypiają na rękach matek. Na szosie dzieciaki grają w piłkę (zdziwione, gdy muszą komuś ustąpić pierwszeństwa). Wszyscy pozdrawiają przechodniów (i przejezdnych rowerzystów)  Spokojne, zwyczajne życie. Nawet szosa jest tu prawdziwa, śmierdząca, posklejana krowim łajnem. A dla spragnionych  są studnie usytuowane przy drodze. Każda z nabranym wiadrem wody i kubeczkiem. Jest tak gorąco, że trudno nie skorzystać...

Generalnie nie przepadam za większymi  miastami, ich hałasem i rozgrzanym betonem. Małe miasteczka mają zwykle swój klimat, smaczki, te większe są  dla mnie bez duszy. Zwykle staram się więc je omijać. Teraz jednak  (gdy naszym przewodnikiem jest jedynie niezbyt dokładna mapa) czasami do miasta wjechać musimy.
Resita. Brzydkie, górnicze miasto. Wstrętne bloki, betonowy plac z pomnikami i wielka, przypominająca czasy komuny kręcącą się fontanna. Pod fontanną niemalże w kolejce pary młode robią sobie zdjęcia ślubne. Piotr czym prędzej dołącza do grona fotografów (dość zabawnie wygląda w swoich krótkich gaciach z pieluchą i pomarańczowym kubraczku wśród tych przesadnie eleganckich ludzi) a ja rozglądam się nieco po mieście. Z lewa na prawo, nad blokami, placami zabaw i sklepami, gdzieś wysoko nad miastem unosi się....taśmociąg. Aktualnie nieczynny, ale to nim transportuje się urobki górnicze z pobliskich gór na wielkie hałdy za miastem. W oddali wielkie kominy, bliżej....bliżej Piotr tropiący młode pary. Te wychodzą po kolei z urzędu mieszczącego się w paskudnym blokasie obok i wraz ze świtą paradują dumne w czterdziestostopniowym upale po wielkim betonowym, rozgrzanym placu (tym od fontanny).


Uciekamy stąd jak najszybciej. Wybieramy najmniejszą drogę wychodzącą z tego miasta, a widoczną na naszej mapie.
Kolejne miasteczko jest dużo przyjemniejsze od poprzedniego. Generalnie te miasta, które mają w sobie jakąś historię sprzed okresu komuny wyglądają dużo lepiej.

 Lugoj - tu, nad rzeką Times rozkładamy swój namiot. Całą noc możemy słuchać rytmicznej bałkańskiej muzyki weselnej dobiegającej dokładnie z drugiej strony wody (rany, ależ goście weselni muszą mieć kondycję do tańca!)  Rzeka nie jest zbyt piękna, ale za to gwiazdy na niebie cudowne...Wychylamy głowy z namiotu i czekamy na te spadające. Są! Każde z nas ma oczywiście jakieś życzenie do spełnienia. Moje jest proste, przychodzi spontanicznie: chciałabym wykąpać się następnego dnia w pięknym i lodowatym górskim strumieniu. Chwilę później  mam wyrzuty, że takimi przyziemnymi życzeniami zawracam głowę magicznej gwieździe. Okazuje się jednak, że Piotra życzenia mają dość podobny charakter...Tyle nam właśnie w tej chwili do szczęścia brakuje. A w zasadzie to i te  życzenia chyba nie są  tak znowu niezbędne...
Poranek jak zwykle wczesny i upalny. Po drugiej stronie rzeki starsza pani się gimnastykuje. Mam wrażenie, że mi macha z daleka, więc w ramach solidarności  przyłączam się i robię podobną, długą gimnastykę. Dopiero kiedy kobieta zdejmuje bieliznę i kuca domyślam się, że mnie jednak nie widzi...
Dziś nasza droga powinna wieść w całości po małych szosach. Tak przynajmniej pokazuje mapa. Kilkanaście  kilometrów łagodnych podjazdów, tyleż samo zjazdów. I faktycznie - miło i  przyjemnie się jedzie -  tu pasterz jakiś nas pozdrawia, tam dzieciak biegnie przy rowerze. Potem zabudowa się kończy, łąki, pola, góry, rozległe widoki i...nasza droga się rozwidla. I nie mamy pojęcia którą jej część wybrać. Mapa nic o tym rozdwojeniu nie wie, stoimy więc i czekamy - może ktoś będzie przejeżdżał? Z nudów wyciągam z kieszeni sakwy GPS-a  (jeździ cały czas włączony i rysuje trasę- tylko na to go stać) i zadaję mu pytanie: którędy jechać?. Wiem, wiem, na wszystkie pytania zwykł  ostatnio odpowiadać "błąd kalkulacji trasy". Tym razem jednak ożywia się i rysuje nam drogę - w lewo! Cóż za fart! Zadowoleni zjeżdżamy więc z góry do małej wioseczki, jedziemy jeszcze z 5-6 kilometrów (cały czas lekko z górki) po czym nasza droga zamienia się w kolorową łąkę z trawą do pasa (z dużą domieszką kujących elementów). Patrzę na Garniera z niedowierzaniem- zdrajca! Wracać pod górę 15 km? A może przejść przez tę łąkę (ze 3-4 km tylko) do kolejnej wsi? Wspominając mijane wygrzewające się na
drodze w słońcu płazy nie bardzo mamy ochotę na drogę przez trawy, ale na powrót jeszcze mniej - jest środek dnia, ze 40 stopni w cieniu, lepiej przedzierać się z rowerami przez  gąszcz traw niż jechać bez cienia pod górę! Zakładamy długie spodnie, ciężkie buty (pot po tyłkach leje się już po jakiś 2 minutach) i ruszamy. Piotr jak zwykle klnie (to chyba nasza definicja przygody - gdy mąż "kurwi" to znaczy, że ta właśnie się dzieje!) ja próbuję torować rowerem drogę przez zielsko. Cholerny gps mówi, ze jestem na drodze, a ja tonę w jakiś ostach! I gdy już i ja mam zacząć głośno kląć moim oczom ukazuje się....ślad po drodze! Może nie jest tu jak na  zwykłej drodze, ale jest równo, trawa tylko po kolana/uda a i krzaki jakieś mniej rozrośnięte! Hura! Wygraliśmy!
Po godzinie wędrówki "wspomnieniem po trakcie" doszliśmy do obrzeży wsi. Wita  nas tu całkiem fajne stado: owce, kozy, kilka osłów,  gęsi i bocian, który chodząc wkoło towarzystwa jakby ich pilnował. Całe szczęście że nie ma psów jakiś, bo na tym zadupiu naszych rozszarpanych szczątków nikt by nawet nie szukał.


Psy - zwykle motyw przewodni opowieści o Rumunii. Jest ich tu rzeczywiście bez liku. Łażą po wsiach i miasteczkach, leżą w cieniu drzew, na zakrętach nawet odległych od domostw dróg. Często wychudzone, w zasadzie niegroźne. Czasami szczekną, od wielkiego dzwona pobiegną kawałek przy nodze. Wyjątek stanowią wielkie (i piękne ) psy pasterskie. Te nawet mnie (a ja nie boję się psów) przyprawiają o szybsze bicie serca...Jednak mimo kilku z pozoru groźnych spotkań żaden nie robi nam nic złego - poszczeka, pokaże zęby, ale widząc że my po drodze, a nie po owieczkę odpuści...
Wieczorem docieramy do miasteczka Lipova.  To  chyba pierwsze, które w całości mnie ujęło...małe pozlepiane kolorowe domki, bruk, cień, spokojnie przemieszczający się ludzie, przepiękne kościoły, park nad rzeką - tak lubię.

Kolejny poranek nadchodzi nieco później, bo w niewielkim motelu. Tak, tak, znów postanowiłam dogodzić mężowi w niedoli podróży - wiecie, te łąki, ta jego wyobraźnia podpowiadająca mu same tragiczne scenariusze zakończeń naszych przygód- zasłużył na prawdziwą łazienkę i relaks!
Dziś ruszamy do....no właściwie  nie wiemy gdzie. Na północ i przez góry by się przydało (mi by się przynajmniej przydało) Widzieliśmy "na mieście"  punkt informacji turystycznej, udajemy się więc w to miejsce - z pewnością mają jakąś mapę okolicy. Zamknięte. Ludzie nam mówią, że poniedziałek rano to jest przedłużenie niedzieli i pewnie po południu otworzą. Idziemy więc  po informację na policję.
Język rumuński - mówi się o nim że pochodzi z kolokwialnej łaciny. Ma wiele wspólnego z włoskim, hiszpańskim i francuskim. Ja znam trochę hiszpański, tak więc czasami rozumiem pojedyncze wyrazy, czasami łapię kontekst zdania. No a czasami zwyczajnie zgaduję. Tak trzeba, bo na prowincji naprawdę niewiele osób zna języki.
Zaczepiony policjant jest w wieku mocno-średnim, tak więc językami nie włada. Ale udaje się nam jakoś dogadać. No i  usłyszeć, że jest  pewna droga przez munte, że jest dużo verde ale  dla bicicleta jest nu!  Tłumcząc na polski: to jest droga dla nas! Podziwiamy jeszcze piękny zamek na wzgórzu nad  rzeką o swojsko brmiącej nazwie Marusza (ach jak tu się fajnie historia miesza: Tatarzy,Węgrzy, Turcy, któż tych wzgórz nie miał w posiadaniu!) i w las. Pod górę oczywiście. Pierwsze co nas zaskakuje to muchy . Wieziemy ze sobą nad głowami wielkie czarne roje. I
nie byłoby w tym nic niemiłego, gdyby te nie właziły do oczu i ust. Okropieństwo! Stajemy w słońcu (tu ich mniej) i spryskujemy się jakąś chemią. Po niej ustępują komary, ale muchy wciąż z nami pozostają..I tu niezastąpionym Bearem Gryllsem okazał się być mój mąż kochany- kilka małych trawek imitujących długą grzywkę i poruszających się na wietrze całkowicie wyeliminowało problem. Latały oczywiście, ale trzymały się nieco dalej od twarzy...
Awaria - ta przydarza się nam w podróżach niezwykle rzadko, kiedyś jednak musi - Piotrowi odkręciła się korba w rowerze. Mamy ze sobą różne narzędzia, ale akurat takich do przykręcania korby nie...Co robić? Jesteśmy w lesie, za nami 10 km podjazdu byle jaką drogą, przed nami drugie tyle...szkoda zjeżdżać, ale chyba nie ma wyjścia? Dwie minuty później słyszymy warkot. Na drodze z znikąd i donikąd, gdzie jedynie tylko stuknięty turysta bywa (i to pewnie ze dwóch na miesiąc. Czyli jak my przeszliśmy, to limit do sierpnia wyczerpany). Samochód z ulami. Zatrzymuje się i kierowca przy pomocy kilku narzędzi naprawia nam tę korbę! Co za ulga!
Ule. Jest ich tu, w zachodniej  Rumunii naprawdę dużo. Ustawiane przy polach słoneczników, w lasach i na łąkach. Czasami stoją samodzielnie, czasami stacjonują w danym miejscu razem z ciężarówką, które je przywiozła. Jeśli jest ich bardzo dużo to jest i ktoś, kto pszczół pilnuje. Jadąc często przecinamy bzyczące pszczele "szlaki". Owady jednak tylko odbijają się od nas nie żądląc.
Nasza w miarę dobra droga pod górę kończy się tuż za miejscem docelowym naszej "pszczelej" ciężarówki.. Oczywiście formalnie istnieje,  ale w formie znaków na drzewach i idącej ostro w górę smugi błota. Jak zwykle nie na rower. Ani go tam zatachać, ani potem sprowadzić. A mówił nam dziś policjant że "nu"...
Tę przygodę kończymy w małej knajpce w Casais. Jesteśmy tu jedynymi klientami i nawet porozmawiać z włascicielami trochę możemy, bo  mówią po hiszpańsku.  Dla nas to miejsce na końcu świata (wjechaliśmy tu z leśnej drogi) w rzeczywistości z drugiej strony prowadzi do niej mała szosa (5-6 km pod górę po pustkowiu). I tak zadupie (no może trochę mniejsze niż sobie wyobrażaliśmy), ale bardzo lubię tworzyć sobie wizję miejsc na końcu świata...
Kościoły-  te stanowią dla nas  doskonałe "cywilizowane" schronienie przed upałem. Z reguły otwarte, wystarczy nieco osłonić golizny i można korzystać z boskiego chłodu. Regułą jest, że we wsi są 2 lub nawet  3: prawosławny, grekokatolicki i rzymskokatolicki. Dominuje oczywiście ten prawosławny. Dziś późnym popołudniem wyjeżdżamy z lasów i gór na niziny. Płasko jak naleśnik, tylko z daleka widać góry.  Gorąco, stajemy więc w cieniu kościołów. Pierwszy zaczyna dzwonić punktualnie o 18, drugi o 18:02. Obydwa są bardzo głośne i donośne. Ta absolutnie nieznośna kakofonia kończy się dopiero po 20 minutach!  (hm, i w sumie nie wiadomo, które wołanie do Boga wygrało?) W tym czasie nie tylko zwiedzamy kościoły, ale i obchodzimy całą wieś. Ta wyglądem przypomina tę z dzikiego zachodu- szeroka droga, po jednej stronie kilka domów, po drugiej bank (i bankomat) sklep, knajpa i fryzjer. Potem jeszcze kilka domów i koniec wsi- wyschnięte łąki aż po górzysty horyzont...

W zasadzie nigdzie nie spotkaliśmy turystów. Mimo, że dzieci mają wakacje (takie na wypasie -tu trwają one prawie trzy miesiące!) to Rumuni wyjeżdżają zwykle na swoje urlopy w sierpniu. Lipiec jest zwyczajnie za gorący! My w swojej drodze spotykamy dwóch turystów- jednym był już wcześniej opisany Szymon, drugim spotkanych na nizinach w okolicy Timisoary Paweł, który w weekendowej przerwie od praktyk objeżdża sobie rowerowo  okolicę. Innych smakoszy upałów nie spotkaliśmy. Albo taki region,  albo faktycznie za gorąco na turystykę...
No właśnie- kolejny dzień wita nas chyba krytycznym upałem - jest 6.20 gdy upał wyrzuca nas z namiotu. 27 stopni w cieniu, w słońcu skala termometru kończy się po 5 sekundach. Ciężko w takich warunkach zjeść śniadanie i się pakować. Czy damy radę gdzieś dojechać? To ostatni dzień naszej podróży - jedziemy do Oradea, przy węgierskiej granicy. Stąd mamy nadzieję jakimiś pociągami dotrzeć do Polski.
Na dworzec docieramy po południu. Zlani potem, prawie wykończeni przez upał, stoimy w kolejce po bilet w kasie międzynarodowej. Mimo unoszącego się od nas intensywnego zapachu potu much nie stwierdzamy - ot, plusy cywilizacji.
- du ju spik inglisz? - zagaduję panią w okienku
W odpowiedzi dostaję dwa palce ułożone równolegle, bardzo blisko siebie
-lityl
No dobra, po kilku dniach podróży podstawowe jakieś słowa rumuńskie znamy. Udaje się nam więc zrozumieć odpowiedź w kwestii przewozu rowerów - nie ma bata, żaden rower z Oradea dziś  pociągiem na Węgry nie wyjedzie. A jutro?  Jutro jest jutro i pani w kasie nie wie, co się tego dnia stanie...

Cóż robić? Po pierwsze: Idziemy się gdzieś wykąpać i ostudzić głowy.
Po drugie: gdy jesteśmy już "ostudzeni" przychodzi nam do głowy plan: rower nie musi być przecież rowerem. Kupujemy nieprzeźroczystą folię malarską,i pakujemy w nią rozkręcone rowery.
Z takim bagażem, pociągiem opóźnionym o 3 godziny opuszczamy wieczorem  gorącą Rumunię...PS -1. W zasadzie to nie koniec przygód - z takimi "sprytnymi" rowerowymi paczkami spędziliśmy noc pod stacją w Budapeszcie w towarzystwie dwóch przemiłych podróżników i (mniej miłych) karaluchów w hurtowych ilościach. Na koniec w miarę szczęśliwie jakoś dotarliśmy do domu, pół godziny przed odbiorem córki z kolonii....

- mamo było super! (Tu następuje dłuższa opowieść o naprawdę ciekawych przeżyciach) - A wy? nie nudziliście się za bardzo gdy mnie nie było?

- chyba nie. Jakoś sobie daliśmy radę...


PS-2 Wbrew pozorom Piotr uwielbia nasze wspólne wyprawy i tak jak ja czeka na nie z utęsknieniem...

Statystyki:
W tej podróży spędziliśmy 9 dni, pokonaliśmy dystans 580 km. Wypiliśmy   ok 50  litrów wody, przenieśliśmy obsakwione rowery przez niezliczoną ilość przeszkód  i (mimo filtrów) spiekliśmy sobie plecy i uda na kolor ciemno - wiśniowy.


Banat – kraina historyczna w południowo-wschodniej Europie, położona w południowej części Wielkiej Niziny Węgierskiej, między Dunajem, Cisą i jej dopływem Maruszą oraz Karpatami Południowymi.







5 komentarzy:

  1. U nas to ja robię za marudę i człowieka bojącego się niedźwiedzi, ale to także mnie nie zniechęca do podróży. Ciekawam obrazka z kościoła. Co to za diabełek oddający dziecko aniołkowi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lavinka, To Dzieło Pobudzające Wyobraźnię :). Malowidło zewnętrzne na jednym z kościołów, tych co dzwoniły cały wieczór :)

      Usuń
  2. Super :) "Kamuflaż" z trawy na twarz GENIALNY! Musimy kiedyś wypróbować bo problem much pojawia się i u nas. Dobrze, że napisałaś sprostowanie, że Piotr lubi wspólne wyjazdy bo w połowie tekstu ośmieliłem się myśleć odwrotnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie opisane. Byłem w tych rejonach i naprawdę mi się podobało. Jestem fanem urbexów a te rejony miały kiedyś trochę działających kopalń a teraz krajobraz jest kosmiczny. My z mapami mieliśmy również różne przygody i wiele razy zabłądziliśmy. W Rumunii byłem kilka razy na rowerach i na pewno tam jeszcze wrócę.

    OdpowiedzUsuń