środa, 25 lutego 2015

Przedwiośnie



foto: Foto-gramy.pl
Leżę sobie na łące i rozkoszuję się zapachem  wczesnej  wiosny.  To nie kwiaty i nie trawy pachną o tej porze - to zapach odtajałej z lodu ziemi i  rozgrzewanego słońcem błota. Lekko gorzki, wilgotny, ale miły. Odkryłam go  zaledwie kilka lat temu. Wcześniej wonność wiosny kojarzyła mi się zupełnie inaczej..


marzec 1982
Po "zimie stulecia", podczas której sparaliżowało cały kraj (i gdy wyjście do wychodka znajdującego się na zewnątrz domu było nie lada  wyczynem) w końcu nastała wiosna. Szybka i ciepła. Już w pierwszy jej dzień szłam do szkoły bez czapki i w rozpiętej kurtce. Byłam spóźniona, więc biegłam nie widząc, że Ona nadeszła - ptaki świergoliły, krety zaczęły robić kopce na łąkach, a sąsiad wyprowadził  o świcie ze stajni swojego Gniadego i właśnie orał pole.
Przed szkołą czekała cała klasa. Idą na wagary! Mi nie wypadało -  mama była nauczycielką w naszej szkole i powinnam  dawać dobry przykład. Ale zostać samej w pustej klasie było jeszcze większym obciachem - idziemy!

Co można robić na wiejskich wagarach? Na wsi, gdzie nie ma kin, trzepaków, ani żadnych "cywilizowanych" rozrywek?  Szybko wymyśliłam, że pójdziemy szukać oznak wiosny! Chłopaki zaśmiali się pod nosem, ale wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że idziemy nad rzekę, na mokradła. Zresztą ósma klasa też gdzieś w tamtym kierunku poszła.
Przepiękna pogoda. Niebieskie niebo,  bezwietrznie. Co chwila siadaliśmy gdzieś przy rowie i wystawialiśmy twarze do słońca. Chłopcy palili papierosy, dziewczyny się śmiały. A ja zapuszczałam się w wiosenne marzenia...
Zakochałam się. Pierwszy raz w życiu. Przeżywałam to niezwykle mocno. Pisałam miłosne wiersze, które recytowałam po cichu  przechodząc obok jego domu,  grałam z chłopakami w rugby (narażając się na kopniaki i zgniecenia)  tylko dlatego, że ON też tam był...Oczywiście obdarowany uczuciami nie domyślał się nawet, że go kocham i był absolutnie obojętny, a nawet niechętny (podobnie jak mój brat nazywał mnie Gnojówą)  Kim był mój wybranek serca? Zwyczajnym chłopakiem. W zasadzie nie potrafię  powiedzieć dlaczego "ten". Ani przystojny, ani mądry. Pospolity. Witek chodził do klasy wyżej. Moja mama uczyła go polskiego. Gdy więc robiła klasówki, podbierałam jej ukradkiem jego prace i poprawiałam błędy ortograficzne. Przynajmniej tyle mogłam dla niego zrobić - fatalnego stylu wypracowania nie dało się już zmienić.

Powróćmy jednak do wagarów...On chodził do tej  ósmej klasy, która, poszła na wagary chwilę wcześniej, ale w tę samą stronę. Marzyło mi się, że spotkam go na kwiecistej łące pełnej kaczeńców i zielonych żabek.  Popatrzymy na siebie w tym przepięknym słońcu i....no w zasadzie nie wiem co miałoby być dalej. Całować to bym się przecież z nim nie chciała?!
Nie spotkaliśmy ósmej klasy . Kaczeńców też jeszcze nie było. A żabki? Były niestety. Koledzy łapali je (te posklejane ze sobą w pary nawet nie miały jak uciekać), nabijali na słomki i dmuchali. Okrutne! Próbowałam interweniować, ale bezskutecznie - to były typowe wiosenne, wiejskie zabawy i nikt nie widział powodu, żeby z nich zrezygnować. Czułam olbrzymie wyrzuty, że przyciągnęłam na tę łąkę całą klasę - przeze mnie jedna po drugiej traciły w cierpieniach życie małe niewinne zwierzęta!
Uciekłam. Nie wróciłam do szkoły. Wróciłam do domu i przepłakałam całe popołudnie.
Wieczór też nie należał do najmilszych - najpierw gderanie mamy, potem rozmowa z wychowawcą (był mamy kolegą). Wnioski z rozmowy?  W ramach pokuty musimy sami wyznaczyć sobie karę (no może przy drobnym ukierunkowaniu starszych...)  Posprzątać podwórko szkolne? Nie, to za łatwe! Posprzątamy (cie) szkolny wychodek!
Szkolna toaleta...dziś już takich nie ma. Pięć drewnianych budek sklejonych ze sobą, pięć  nigdy nie sprzątanych drewnianych, cuchnących i oblepionych norek. Idąc do szkoły zawsze wiedziałam, że wszelkie potrzeby muszę załatwić w domu, bo w szkole...no nie dam rady!
Klasie nie spodobała się kara. Większość wolała mieć "nieodpowiednie" ze sprawowania, niż  dać się tak poniżyć. Ale JA nie mogłam inaczej. Chodziło przecież nie tylko o mnie, ale i o honor mojej matki, czyli honor rodziny!
Pamiętna "kiblowa" sobota....słońce już od kilku dni tak pięknie świeciło - wiosennie nagrzało kibelki, rozmroziło fekalia i uruchomiło niemiłosierny smród.
Do porządków zjawiło się nas zaledwie kilkoro. Przygotowaliśmy szczotki ryżowe, wiadra z wodą i szybko zabraliśmy się do roboty, żeby jak najprędzej mieć już to za sobą. A gdy tak florzyłam się w  gównie uchodząc myślami jak najdalej  poza obręb drewnianej budki, zjawił się ON. Piękny (jak zwykle), z piłką w ręku - przyszedł pograć w "nogę" na szkolnym boisku. Popatrzył i uśmiechnął się szyderczo:
- o, G-N-O-J-Ó-W-A!

 Tej wiosny, wraz z nasilającym się smrodem gnoju na polach  umarła moja pierwsza miłość....





Tekst opublikowany został w Pure Passion Magazie - piśmie zrodzonym z pasji,  i o pasjach.





7 komentarzy:

  1. Cóż za melodramatyczny koniec z kupą w tle. Uwielbiam Twoje opowieści, czy już mówiłam? :D

    OdpowiedzUsuń
  2. wbiłaś mu potajemnie kołek w serce? jakaś zemsta musi być, co nie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eli, pewnie kiedyś go wyjawię - niech tylko nadejdzie ciepła wiosna...;)

      Usuń
  3. Bosko opowiedziane :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak pięknie to napisałaś, że przeczytał trzy razy. Te pierwsze miłostki zawsze są takie jakieś gówniane... ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. przeczytałam* - wkradł się błąd ;)

    OdpowiedzUsuń