![]() |
| Czarny Drin |
Rok temu, podczas podróży po Albanii staliśmy nad ogromnym jeziorem Ochrydzkim otoczonym wielkimi górami. Popatrzyłam na największy ze szczytów i ciarki mi przeszły po plecach. Poczułam wielki, najcudowniejszy Wiatr Wolności.
-Tam pojadę- pomyślałam- Sama!
Zimą kupiłam tani bilet lotniczy do Macedonii Północnej (bo to właśnie w tym państwie była ta góra).
Wiosną, gdy praca (którą uwielbiam!) bywała naprawdę ciężka, myślami stałam już na tej górze.
A gdy zbliżało się lato, poleciałam.
Ani razu nie zastanawiałam się nawet jak się ta góra nazywa, ani jaką drogą tam się dostanę - nie jestem "planistką" - wiedziałam doskonale, że Droga sama mnie tam poniesie i nie trzeba nic planować...
Tak, tak, dla tych co mnie nie znają wyjaśnię: nie planuję detalicznie moich wyjazdów, nie szukam informacji o miejscach wartych odwiedzenia, złych i dobrych drogach, ludziach, i zwyczajach. Dla mnie bowiem w podróży najprzyjemniejsze jest Odkrywanie.
Zanim rozpocznę tę opowieść muszę jednak przyznać się, że "coś" wiedziałam: w Macedonii Północnej są niedźwiedzie, które są jednym z nielicznych noszonych przeze mnie strachów związanych z naturą. Strach, z którym zamierzałam się na tej wyprawie w końcu uporać! Kupiłam więc głośny gwizdek i w drogę!
Dzień pierwszy.
Wychodzę z lotniska. Skwar, koszmarny skwar. W takich temperaturach mam tu jeździć?! To przecież niemożliwe?! Chyba...
Rante, który wypożycza mi na miejscu rower patrzy na mnie dziwnie jakoś:
- temperatura się dopiero rozkręca - załóż koniecznie coś na głowę. I uważaj na psy pasterskie: jak je zobaczysz (widać je z daleka, są naprawdę wielkie) stań, nie wykonuj gwałtownych ruchów i wołaj pasterza. "owczar" po macedońsku.
- a niedźwiedzie? Wiesz, boję się ich, ale chciałabym się zmierzyć z tym strachem
- niedźwiedzie??? To są leniwi wegetarianie, nic Ci nie zrobią - śmieje się w głos - raczej uważaj na ludzi. Oni są tu bardzo mili, ale wiesz jak jest, samotna kobieta....
No czyli klasyczna gadka jaką zwykle i wszędzie słyszę....
W którą stronę jechać z tego lotniska? Byle nie do miasta! Mapa (biorę ze sobą "klasyczną", drukowaną mapę i mapnik na kierownicę - nie będzie żaden gps mi mówił gdzie mam jechać, sama potrafię świetnie....pobłądzić) mówi: na południe!
Tu muszę napisać o pierwszym ważnym Odkryciu: wszystkie nowe, duże drogi w Macedonii Północnej posiadają swoje dublety w postaci starych dróg. Cudnych, mało używanych i najczęściej nie idących równolegle do tych nowych, a wijących się gdzieś powyżej lub poniżej. Raj dla rowerzystów! Właśnie na taką drogę trafiam od razu po wyjedzie z lotniska. Po 15 kilometrach jestem już w zielonych górach. Kompletnie zlana potem, głodna, ale szczęśliwa, Będzie pięknie!
Druga noc. Śpię dziś na łące obok kamienistej drogi, którą nie do końca można było jechać, bo składa się z dość ostrych kamieni, (to nie jest problem dla mnie: nie mam planu, nie muszę nigdzie dojechać, mogę sobie godzinami prowadzić rower, to też jest przyjemne. Dziś spotkałam na drodze dwa duże żółwie i dziwnego chrząszcza). Nie ma tu domów, nie ma ludzi ani zwierząt gospodarskich. Jest piękna zielona przyroda i rzeczka, nad którą się zatrzymuję. Noce są tu ciepłe i gwarne: żaby kumkają, świszcze głośno cykają, a wielkie chrząszcze hałasują próbując przejść przez mój namiot. Wychodzę w nocy na siku. Rozgwieżdżone niebo, księżyc. Na chwilę przychodzi do mnie Wielki Spokój, którego tak bardzo szukam.....
| Jak dobrze, że wzięłam namiot, nie tarp! |
Nagle widzę światło na zboczu góry w lesie. Drugie trzecie! O rany, tu są ludzie, dużo ludzi! Wyobraźnia podpowiada mi polowanie, trzeba dać znać że tu jestem, bo mnie upolują!
Tymczasem jedno ze świateł zbliża się do mnie...frunie nad łąką, nad moim namiotem: to są wielkie świetliki!
Wielki Spokój wrócił ze zdwojoną siłą.
Są i opiekunowie zwierząt, jadący w pięknych, drewnianych siodłach. Mój widok zaskakuje ich chyba bardziej, niż oni mnie zaskoczyli. Machają mi jednak przyjaźnie.
Wraz z końmi (które sobie gdzieś tą drogą poszły) pojawiają się muchy. Dużo much, na które nie mam żadnego spraya. Muszę się więc szybko zebrać (no bez przesady z tym "szybko" kawka musi być) i uciekać. Przede mną około 30 kilometrów kamienistej drogi. Chyba pod górę, bo góry są ze wszystkich stron.
Ruszam, od razu łapię gumę. Siadam więc nad rzeką i próbuję zmienić dętkę. Zmieniłam w życiu setki dętek, ale w tym rowerze nie jest to takie proste wielka opona przyssała się do ramy tak, że nawet nożem nie mogę jej oderwać. Godzinę się męczę. Cholerne muchy (wyglądające bardziej jak osy) wyżerają w mojej skórze krwawe dziury, nie sposób się opędzić. Zmieniam więc koło zanurzona w rzece, to co pod wodą nie jest dostępne.
Ruszam, kolejna dziura. Kolejny długi postój, odklejanie opony od ramy, łatanie dziury.
Słońce zaczyna być agresywne, jestem cała spocona. Muchy gryzą coraz bardziej.
Ręce i nogi zaczynają mi puchnąć od ukąszeń, lewe kolano robi się lekko sztywne.
Kolejne gumy. Staję, zmieniam (niezmiennie ogromny to trud i wysiłek) Cały czas idę powoli w górę, idę bo jechać się nie da.
Wsiadam na rower na szczycie: nie mam już siły prowadzić, nie mam już energii w ramionach by opędzać się od tych kurewskich much (które odczepiłyby się wraz z pędem powietrza). Chcę zjechać z tej wielkiej góry, zasłużyłam na to!
Od razu po ruszeniu łapię kolejną gumę. Beznadzieja. 20 km do najbliższej miejscowości. Tym razem nie naprawię też dętki, bo zgubiłam gdzieś pompkę (prawdopodobnie 5 km niżej, podczas łatania trzeciej dziury). Luzuję sandał (prawa noga spuchła dość nisko, w kostce), oglądam lewą nogę - też puchnie, ale gdzieś nad kolanem, podobnie ramiona.
Prognoza pogody mówi, że za chwilę przyjdzie burza. To jedna z pierwszych w tej podróży (Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że o tej porze roku to krótkotrwałe zjawisko codziennie, wyobrażałam sobie trwającą godzinami ulewę z piorunami). Ze mną na szczycie....
Płaczę z Bezsilności.
Dosłownie chwilę później przychodzi wybawienie: słyszę dźwięk dzwonów! Oznacza to, że gdzieś tu blisko jest monastyr, są ludzie! (w Macedonii jest ponad dwieście monastyrów, większość z nich jest jednak niezamieszkała, ale zawsze jest przy nich kran z wodą, często również możliwość noclegu)
W cudownym monastyrze św. Grzegorza Dostaję kolację (tu dowiaduję się, że najpierw trzeba zjeść sałatę, dopiero potem "lepsze" kąski, inaczej jest to nie po bożemu. Wybaczcie, zgrzeszyłam...) , kąpiel i nocleg w łóżku.
W cerkwiach na ołtarzu ludzie stawiają nie tylko świeczki, czasami są to pieniądze, czasami jest też olej, taki ze sklepu w butelce. Ciekawe, czy właśnie na tym oleju zrobiono mi dziś kolację? Chyba tak, bo pysznie było i bezproblemowo się w nocy trawiło…
Rano wiozą mnie do miasta po nową dętkę, pompkę i leki na opuchliznę.
Mimo koszmarnego upału Życie znów jest Piękne!
Tu dygresja: Język macedoński jest językiem słowiańskim. Jeśli więc spotkasz na swojej drodze ludzi, którzy nie mówią w żadnym innym języku (na prowincji jest to częste) to wiedz, że i tak się dogadasz. Tak właśnie było podczas wizyty w tym monastyrze i podczas wielu innych spotkań, Rozmawialiśmy nawet o polityce (jeśli zapada nienośna cisza w rozmowie, zapytaj o Bułgarów - będą długo pokrzykiwać i wymachiwać rękoma)
-------------------------------------
Droga moja generalnie idzie na południowy zachód, ku "tej" górze, która w międzyczasie przestała być anonimowa. Nazywa się Galiczyca ma 2265 m. Ludzie pytani o drogę ku niej zwykle kręcą głową: "tam to motorem, nie rowerem, bardzo długo będziesz jechała pod górę".
Phi, na mojej mapie tego nie widać. No może jest tak, że bardzo krótki odcinek zamiast mieć 10 km ma ich koło 50, ale dam radę,
Ciekawie jest nie znać języka, tylko wyobrażać sobie, że się go rozumie i pytć o drogę: po macedońsku "prawo" znaczy prosto. Zanim to odkryłam, troszkę pobłądziłam.
Postanawiam, że dziś prześpię się na szczycie "mojej" góry. W ten sposób nie tylko spełnię swoje marzenie żeby tam stanąć, ale stanę tam z rowerem i całym ekwipunkiem! (Tu przypomniałam sobie marzenie sprzed lat, jak chciałam stanąć na Rysach z rowerem., hehe)
Wstaję jak zwykle o świcie (to jedyny czas kiedy ta suka zwana słońcem jeszcze nie parzy) i ruszam.
Póki co jadę sobie szoską niewielką najpierw pod górę (to inna góra, Park Narodowy Pelister). Ponieważ mieszkają tu niedźwiedzie, śpiewam sobie cały czas piosenki, by mnie moje Strachy usłyszały i w razie czego zeszły z drogi. Skuteczne te śpiewy, bo niedźwiedzi faktycznie nie ma, Są za to żółwie, wielkie chrabąszcze, zające, sarny i pasikoniki. Te ostatnie to nawet moje śpiewy całkiem lubią chyba...
Długo zjeżdżam (uwielbiam), trochę jadę po płaskim (co jest tu rzadkością). I nagle gdzieś za zakrętem
ukazuje się jezioro. Wielkie piękne, kompletnie dzikie, otoczone górami. Naturalne brzegi, mała wioska gdzieś na końcu szosy i góry. To jezioro Prespa. Ciepłe płytkie, błękitne. Dzikie jak ja, gdy do niego wskakuję.
![]() |
| Jezioro Prespa |
Lekki wiatr chłodzi twarz, woda studzi (wciąż jeszcze lekko spuchnięte) stopy. Łzy wzruszenia, łzy nieograniczonej niczym Wolności, której właśnie smakuję. Wolności, która prowadzi mnie w miejsca które kocham najbardziej: pięknej, niezniszczonej przez człowieka Natury.
Siedzę tu długo. Jem najlepszą w życiu zupę z proszku, piję najlepszą kawę. I jestem absolutnie szczęśliwa....A potem ruszam pod górę, ku Marzeniom, które dziś jeszcze mają się spełnić.
Nie wiem ile kilometrów i ile zakrętów przejechałam z nadzieją, że może ten kolejny będzie ostatnim...(jak dobrze, że nie mam gpsa, który pokazałby mi profil trasy itd, nie byłoby tej nadziei, a bez tego nie dałabym rady). Gdy jednak czuję się już kompletnie przegrzana, zsiadam z roweru i zaczynam prowadzić (moja wolność mówi, że absolutnie można prowadzić rower, można nawet iść na czworaka, byle do przedu. Lub do tyłu, jeśli już nie starcza sił. Na wolne posuwanie sie do przodu jeszcze starcza. Gdy tak człapię sobie pod górę noga za nogą, cała mokra od potu, mija mnie starszy człowiek z mocno objuczonym rowerem (z 50 kg na oko. Co on tam wiezie???) przystaje na chwilę (nie ma tu rowerzystów za wielu, warto wymienić kilka słów). Jedzie z Francji do Uzbekistanu. Powodzenia!
| Galiczica |
Tuż przed zmierzchem staję na przełęczy pod szczytem. Nie wejdę na szczyt z rowerem, nie mam siły. Ale widoki tu, też są absolutnie bajeczne! Znajduję więc sobie jakąś niewielką ścieżynkę w bok i już po chwili mam z namiotu widok, jakiego nie da mi żaden, nawet najdroższy hotel: w dole, jakiś kilometr poniżej widzę całe jezioro Ochrydzkie, z drugiej strony widzę jezioro Prespa...
Namiot mocuję na kamieniach, bo ziemia tu w zasadzie z kamieni się składa. Idę po jeszcze jeden, taki większy, który utrzyma całość konstrukcji. Wychylam się lekko zza mojej "półki" i widzę, że poniżej stoi już namiot Francuza. Super, w razie czego to jego pierwszego zjedzą niedźwiedzie, bo to on jest bliżej lasu...
Gdy tylko zachodzi słońce zrywa się wiatr i robi się zimno. Tej nocy zakładam na siebie wszystko co mam i owijam śpiwór w folię ratunkową. Jest ciepło, ale mogłoby być cieplej. No i ten wiatr, który szarpie moim namiotem - dobrze że ostatnio przytyłam, to przynajmniej nie odlecę!
Rano wiatr nie ustaje. Zwijam namiot (patrzę też z góry, czy sąsiada niedźwiedzie nie zjadły: namiot cały, krwi nie widać, chyba żyje, ale śpi jeszcze smacznie) i ruszam gdzieś niżej, by zjeść śniadanie w spokoju. Wybieram sobie jakiś punkt widokowy, trochę odsunięty od szosy. Jest ławeczka, chwilę później jest kawa i śniadanie. Wtedy właśnie zza krzaków wyłania się....nienaruszony przez miśki Migel. Nie mamy wspólnego języka do rozmów: on mówi tylko po frnacusku, ja nie.
Szybko jednak okazuje się, że i po hiszpańsku obydwoje trochę mówimy.
Szybko jednak okazuje się, że i po hiszpańsku obydwoje trochę mówimy.
Jego opowieści o podróży powodują, że odzywa się i we mnie potrzeba długiej wycieczki przez świat. Kiedyś (gdy zostanę emerytką) ruszę i ja! Jestem tego tak samo pewna, jak rok temu byłam pewna, że stanę tu, na tym szczycie!
PS. Zjeżdżając z tej góry zorientowałam się po jakimś czasie, że zostawiłam na polance piknikowej telefon. Dziś miało być z górki tylko.....
Każdego dnia jest cieplej. Gdy przyjechałam, w cieniu było 33 stopnie, teraz jest 36. Jeżdżę więc stylem własnym: od cienia do cienia. I nie myślcie, że odcinki te mają po kilka kilometrów, czasami to zaledwie 50 metrów, które trzeba podejść pod górę po rozgrzanym asfalcie.
Czasami jest tak, że moja droga wiedzie przez las. To zwykle krótkie odcinki. Rozmawiam wtedy dużo z drzewami bo czuję, że i las mówi do mnie chłodem....
Jadę bez większego celu, gdy widzę więc gdzieś na mapie niebieską plamę bądź wstążkę, to tam jadę. Nad wodą rzucam rower wskakuję do niej tak jak stoję, w ubraniu (10 min po wyjściu i tak jestem już całkowicie sucha).
Wykąpałam się chyba we wszystkich zdatnych do kąpieli zbiornikach wodnych Macedonii. Wiem, który jest najzimniejszy (woda w Kanionie Matka) a który najcieplejszy (jezioro Mantowo)
---------
Stoję właśnie na moście, poniżej płynie wartka rzeczka. Jechałam tu naprawdę długo, przegrzana jestem bardzo. Tym razem zapragnęłam wykąpać się w niej nago. Tak, by każdy centymetr mojego ciała mógł od razu poczuć to upragnione zimno. Pusto na drodze, nic tu nie jeździ. Nie ma zabudowań w pobliżu, z całą pewnością nikt mnie tu nie zobaczy. Zjechałam więc ścieżką pod most, rozebrałam się w pośpiechu i wskoczyłam do wody. Była płytka, więc położyłam się na brzuchu na kamieniach, by przykryła mnie w całości. I gdy tak leżałam i się chłodziłam ujrzałam na przeciwległym brzegu (to nie była duża rzeka) dwóch młodych chłopaków stojących obok mytego właśnie kuada. Zamarli. Ja też zamarłam...Bo co mam teraz zrobić? Leżeć? Wstać i udawać że nic się nie dzieje? Po dłuższej chwili wybrałam opcję drugą i spokojnie wróciłam do moich rzeczy. Założyłam bieliznę i się odwróciłam: chłopaki wsiedli właśnie na pojazd i z pianą spływającą z maski i uciekli.
Stoję właśnie na moście, poniżej płynie wartka rzeczka. Jechałam tu naprawdę długo, przegrzana jestem bardzo. Tym razem zapragnęłam wykąpać się w niej nago. Tak, by każdy centymetr mojego ciała mógł od razu poczuć to upragnione zimno. Pusto na drodze, nic tu nie jeździ. Nie ma zabudowań w pobliżu, z całą pewnością nikt mnie tu nie zobaczy. Zjechałam więc ścieżką pod most, rozebrałam się w pośpiechu i wskoczyłam do wody. Była płytka, więc położyłam się na brzuchu na kamieniach, by przykryła mnie w całości. I gdy tak leżałam i się chłodziłam ujrzałam na przeciwległym brzegu (to nie była duża rzeka) dwóch młodych chłopaków stojących obok mytego właśnie kuada. Zamarli. Ja też zamarłam...Bo co mam teraz zrobić? Leżeć? Wstać i udawać że nic się nie dzieje? Po dłuższej chwili wybrałam opcję drugą i spokojnie wróciłam do moich rzeczy. Założyłam bieliznę i się odwróciłam: chłopaki wsiedli właśnie na pojazd i z pianą spływającą z maski i uciekli.
Już chyba wiem o co chodziło Rante na lotnisku: jako samotnie podróżująca kobieta stanowię spore zagrożenie dla otocznia.
PRZYRODA
Macedonia jest piękna i ciągle jeszcze dzika. Jej zachodnia część to wysokie góry połączone z bujną, soczystą zielenią, Jej wschodnie regiony to już niższe i bardziej "suche" góry, rejony rzadko zaludnione (szczególnie północno wschodnia część), stojąc więc na jednej górze widzisz po horyzont tylko dzikość....
Najpiękniejszą krainą jaką widziałam jest Park Narodowy Mawrowo i rzeka Radica. Tu każdy zakręt drogi oznacza nowy zachwyt nad naturą: zielenie lasów mieszają się z turkusem wody, porośnięte zbocza zmieniają się nagle w skalne półki i jaskinie, turkusowa rzeka nagle zamienia się w wodospad. Kręte, strome drogi, przepiękne małe wioseczki z widokami zapierającymi dech w piersiach,
Tu oczywiście też mieszkają niedźwiedzie, ale albo są faktycznie leniwe, albo ja nie jestem dla nich atrakcyjnym kąskiem...Tu wrócę kiedyś, by spokojnie pożyć jeszcze w tym świecie.
WSIE.
Generalnie Macedonia nie jest za gęsto zaludniona. Wsie mijam rzadko, ale jak już mijam, to się zawsze zachwycam spokojem, jaki tu panuje. Na wsi kobiety co rano spotykają się z sąsiadkami przed domami i piją kawę. Jeśli więc przechodzę obok, z pewnością zostanę zaproszona. Siedzą sobie plotkują, opowiadają o świecie. Zwykle rozumiem tylko po łebkach ich wywody, bo mówią tylko w ojczystym języku, ale czy to takie ważne? Ważne jest to, że się razem śmiejemy z mojej ogolonej głowy, ich pantalonów ukrytych pod spódnicami i pijemy kawę z tego samego dzbanka.
MIASTA
| chłodne targowisko w Debarze |
Nie lubię miast. Miast macedońskich, które są niezwykle chaotyczne, pełne ludzi i gorące nie lubię tym bardziej. Mają pewne plusy w postaci chłodnych, zadaszonych i kolorowych targowisk, klimatyzowanych kawiarni z ciastkami za pół darmo (tu odkryłam w sobie sporego łasucha) i fontann z zimną wodą do picia. Uroku w nich nie ma jednak za dużo: centrum to zwykle pusty betonowy plac z wielkim pomnikiem faceta na koniu i licznymi podobnymi pomnikami po bokach. Oczywiście nieco upraszczam, są i takie miejscowości jak piękna Ochryda, ta jednak jest nisko w moich rankingach ze względu na okropny zgiełk turystyczny.
| Struga o poranku Nikt jeszcze nie pływa w turkusach... |
Drugie miasto poznaję pewnego wieczoru, tuż przed burzą. Znalazłam sobie tego dnia cudy nocleg z widokiem na czerwone dachy tego miasteczka. Piękna , kwiecista łąka, brak much i widok na usypiające miasto. Bajka. Rozstawiłam namiot, wyjęłam śpiwór. Właśnie wtedy odkryłam, że mój telefon się rozładował, i nie mogę go ponownie naładować z powerbanka, bo kabel się popsuł. FUCK! Mam z Piotrem umowę, że codziennie wieczorem wysyłam mu swoją pozycję, by wiedział gdzie śpię (no i jak zjedzą mnie niedźwiedzie lub chrabąszcze to będzie wiadomo, gdzie szukać mych kosteczek). Co będzie, jak mu nie wyślę? No nie wiem, pewnie nieprzestana noc...Pakuję więc moje obozowisko w sakwy i jadę do miasta.
| Kratowo o poranku |
Jest jeszcze szaro gdy docieram do Kratowa. Malutkie senne, górskie miasteczko (ok 10 tys mieszkańców) wciąż tętni życiem. Wiadomość, że szukam noclegu poruszyła tu wiele osób. Jedni prowadzą mnie wąskimi, krętymi uliczkami pod górę, drudzy pobiegli na skróty po schodach by szybko poinformować właściciela domu, że goście idą...
Spędzam tu piękny wieczór. Dwóch przemiłych panów (ojciec z synem) karmią mnie, poją, dają zapasy na dalszą drogę (no i oczywiście z ich telefonu informuję Piotra, że jestem żywa, ciągle niezjedzona), Wcześnie rano udaję się na spacer po miasteczku. Siadam na spokojnym ryneczku, razem z innymi niespieszącymi się nigdzie ludźmi popijam kawę. Trochę rozmawiam o historii miejsca: ludzie osiedlali się tu w pogoni za srebrem. Podobno spora grupa Polaków ze Śląska przybyła tu w XIX wieku, sporo osób ma więc tu polskobrzmiące nazwiska.
Potem gubię się w wąskich uliczkach. Gdy przechodzę obok policji panowie mówią mi "hello Weronika" (poprzedniego dnia moi gospodarze polecieli mnie zameldować właśnie na policję. Podobno tak trzeba. Dzisiejszego poranka pewnie już nie tylko policja, ale i wszyscy uśmiechający się do mnie ludzie wiedzą, jak mam na imię) A jeszcze potem jadę znów pod górę z moim dobytkiem. I ciszę się bardzo, że mogę znów spojrzeć na to miasteczko z góry.
Po nocy spędzonej w Monastyrze Bigorskim cały dzień jadę w upale pod górę. Jest stanowczo za gorąco, nie mam siły, Prowadzę więc rower. Widoki są absolutnie niebiańskie, jednak nie cieszą już mnie. Wizja kąpieli w wodzie (przede mną duża niebieska plama na mapie) również. Po drodze mija uśmiechnięta od ucha do ucha młoda brytyjka na rowerze, patrzy na mnie, prowadzącą rower z politowaniem.To dodatkowo dobija. Co ja tu robię? Po cholerę się tak męczę?
Kryzys.
Docieram do wody, moczę nogi. Mimo upału nie chce mi się kąpać. Nic mi się nie chce. Siedzę, gapię sie w wodę i wiem, że po po prostu muszę en stan przeczekać. Sama ze sobą, bez skarg (hehe, a komu miałabym się poskarżyć, jak jestem sama?). Jacyś ludzie próbują zagadać, nie mam na to ochoty.
Siedzę, przyglądam się własnym emocjom: najbardziej irytuje mnie niemożność cieszenia się tym, co wokół...
Po południu zjeżdżam z gór. Byłoby to piękne, gdyby nie sznur samochodów wracających z niedzielnego pikniku....nawet tę przyjemność los mi spieprzył.
Tego dnia idę spać na kwaterę z klimatyzacją. Nocne schłodzenie ciała przywraca mi radość podróży.
PŁEĆ
No dobra, wróćmy do samotnej "babskiej" wycieczki i niebezpieczeństw z tym związanych. No przecież COŚ musi się w temacie wydarzyć, żeby wszyscy mogli mi mówić, że to niebezpieczne...
Zapora Czarny Drin. Staję, oglądam z jednej i drugiej strony. Z jednej woda, z drugiej przepaść. Z budynku obok wychodzi człowiek.
- tu jest 100 m głębokości -zaczyna - a ja tu pilnuję tego już 27 lat. Pomiary robię.
- jakie pomiary?
- chodź ze mną pokażę. Z Polski jesteś? Ja mówię po polsku...."jeden dwa trzy"
Wchodzę po schodach do budynku. Przed drzwiami miody na sprzedaż, pewnie chciał, żebym i ja coś kupiła?
W obdrapanym i brudnym pokoju z zapadniętą kanapą pokazuje mi monitor, na którym widać obraz z kamery skierowanej na odczyt poziomu wody.
- Ja tu co godzinę wpisuję to w tabelę- mówi - kawy, herbaty?
Boże, jaka nudna robota...
- nie dziękuję
- nie wiem jak to się nazywa po polsku, ale ładne masz te...(tu wzrok skierował na mój biust i wygiął palce rąk skierowanych w moją stronę tak, jakby trzymał dwie piłki)
No dobra, czas na szybki desant z tego miejsca.
- spierdalaj- mówię po polsku, ale chyba jego słownik polskiego nie zna tego słowa, bo biegnie za mną..
- słuchaj - zatrzymuje mnie już na zewnątrz, obok stolika z miodami- spokojnie, dogadamy się. Może ja dam Ci słoik miodu, a Ty dasz się trochę pogłaskać?
No i mam teraz słoik miodu.
Żartowałam.
-----------------
Na koniec trochę statystyki, która dla mnie była jest i pewnie będzie nieistotna (nie liczę kilometrów, przewyższeń itd., czasami pytana o drogę nawet nie potrafię oszacować ile kilometrów danego dnia zrobiłam. Czym innym są bowiem kilometry zrobione po asfalcie, czym innym po kamieniach. Czym innym jest jazda po płaskim, czym innym pod górę. Jak można to sumować, nie wiem, ale skoro lubicie...)
Statystykę zrobiłam ostatniego dnia pobytu, siedząc na górze w cieniu drzewa i modląc się o szybki zachód słońca, które paliło tego dnia przeokropnie:
Ilość dni: 14. W tym czasie objechałam całą Macedonię w kółko.
Dystans: 950 km.
Przewyższenia: 11500 m
Waga bagażu: 21 kg (w tym stała, uzupełniana na bieżąco porcja 5 litrów wody, to średnia zapas na jeden dzień pobytu w tej temperaturze)
Przy monastyrach i cerkwiach wypiłam hektolitry "świętej wody", po którą ludzie przyjeżdżają w te miejsca często z odległych miejscowości. Pewnie dlatego mam teraz w sobie tyle zdrowia i energii, żeby ruszyć niebawem na kolejną wyprawę...
Rzeka Radika
| Jezioro Prespa |
| Jezioro Ochrydzkie |
| Gdy nie można wbić śledzia.. |
| Plaża w Strudze |
| Monastyr Bigorski |
| Park Narodowy Mawrowo |
| Jesioro Mawrowo |
| Meczet w Tetowie |




Weronika! Piszę to z absolutną czułością: WARIATKA!!! I niech Ci tak zostanie...Danka Zdan
OdpowiedzUsuńBoże, jak Ci zazdroszczę tego wariactwa! Jesteś fantastyczna!
OdpowiedzUsuńGratulacje.!!!Jesteś niesamowita.Piękna podróż. ☺️
OdpowiedzUsuń