czwartek, 1 października 2015

Kłopoty z sercem

Szczerze uwielbiam jesień. Za kolory, deszcz i szelest liści pod kołami. Za góry pozbawione turystów, za samotne zachody słońca nad morzem. Za ostatnie chwile ciepła, które chłonę, wystawiając twarz w stronę słońca. No i za milion odcieni twórczej melancholii, jakie ze sobą niesie. Nie lubię jej tylko za fale grypy i innych wirusów. Z racji zdrowego trybu życia te łapią mnie niezwykle rzadko, ale jak już złapią, najczęściej trzymają nawet tydzień. Tydzień bez roweru, tydzień bez poranków w lesie. Koszmar!
Tegoroczna jesień przywitała mnie jednak zupełnie inną chorobą…
Znajoma rowerzystka, dziewczyna o stalowej kondycji i wielkiej rowerowej pasji, powiedziała, że źle jeżdżę na rowerze. I nie to, że siodełko mam jakoś za nisko czy za wysoko, lecz technicznie źle jeżdżę. Za bardzo „wysiłkowo”. Gdybym kręciła lżej, a więcej, efekty byłyby lepsze, a kolana mniej obciążone. Hm, efektami jazdy to ja się nadto nie przejmuję, ale o stawy kolanowe powinnam się zatroszczyć – wszak muszą mi jeszcze posłużyć kilkadziesiąt lat! Poprosiłam o wskazówki. Pulsometr i licznik kadencji kazała mi kupić i na początek sprawdzić tętno przed wysiłkiem, w trakcie i po nim. To ważne, szczególnie podczas podróżowania na dłuższe dystanse. Szybkie zakupy w sieci, przesyłka z pulsometrem doszła błyskawicznie. Usiadłam wygodnie w fotelu, wzięłam kilka głębszych oddechów i zmierzyłam puls: 51 uderzeń na minutę. Zajrzałam do komputera i sprawdziłam normy – dorosły człowiek ma tętno powyżej 65, osoby starsze – 55-60. Wszystko wskazywało więc na to, że jestem mocno starsza i trochę chora, lub wciąż młoda i chora, ale za to bardziej. Mimo niechęci do starości, szczerze polubiłam wersję pierwszą. Na serce nigdy nie narzekałam, widocznie jednak czas zacząć… Czym prędzej zamówiłam wizytę u lekarza. Przyjmie mnie za cztery dni. Cztery długie dni niepokoju i przyjaźni ze złowieszczym Doktorem Googlem, cztery dni bez roweru (no nie mogę, umrę jeszcze niechcący na siodełku i co będzie?). Wreszcie upragniona wizyta. Lekarz zbadał, wysłuchał.
– A Pani to może jakiś sport uprawia?
– Na rowerze jeżdżę sobie.
Wypytał szczegółowo, jak często (codziennie), jak dużo (zwykle staram się minimum 30 kilometrów. Nie zawsze jest czas…). Lekarz zlecił dodatkowe badania i już po kilku dniach wydał werdykt: – Jest pani zdrowa jak ryba. Sportowcy często mają bardzo niskie tętno.
Tak więc dziś w gabinecie lekarskim zostałam sportowcem. W dodatku nie tak znowu starym i całkowicie zdrowym. 
Przede mną nowe życie! Pulsometr oddałam sąsiadce, a licznika kadencji kupować nie zamierzam – znów okazałoby się, że się jakiejś normy „nie trzymam” lub że moja kadencja rowerowa po prostu minęła. Pozostaje mi więc codzienne mozolne, wysiłkowe kręcenie pedałami. Bez tchu, z szybkim (tak naprawdę nie wiadomo jakim, bo niezmierzonym) biciem serca. Przeżyję. Byle do wiosny…

tekst ukazał się w piśmie "Rowertour" 10/2015

2 komentarze: