Poznałam ich w drodze – ja rowerem, oni terenowym samochodem. Zatrzymałam się w sklepie w poszukiwaniu czegoś jadalnego, oni już tam byli. Na mój widok wydali okrzyki zachwytu, po czym wyściskali jak dobrego znajomego. No, bo mój blog, rower, tułaczka bez celu – oni to kochają! Nie będę ukrywała, że mój blog nie jest powszechnie znany, a ja nie przywykłam do takich powitań. Nie napiszę też, że takie sytuacje są mi obojętne – to bardzo miłe uczucie. Gdy więc zaproponowali wspólny nocleg gdzieś w plenerze, mimo potrzeby samotności nie odmówiłam. Ale umówiliśmy się, że spotkamy się w lesie dopiero wieczorem – w ten sposób i ja, i oni mogliśmy realizować swoje odmienne plany jeszcze przez pół dnia.
Było już ciemno, cicho, gwiazdy nad głową, ciemny zarys lasu i jeziora wokół. Nie zdążyłam jednak poczuć do końca klimatu miejsca noclegu, gdy moi nowi znajomi wyciągnęli z samochodu wielką lampę na akumulator i oświetlili cały teren. To dla bezpieczeństwa podobno. Pewnie – światło było tak mocne, że widać nas było zapewne w promieniu kilku kilometrów. Nawet blask ogniska zginął zamroczony reflektorem. Dla pełnego bezpieczeństwa potrzebna była jeszcze głośna muzyka, całkowicie tłumiąca szum lasu i wiatru na jeziorze. Po co więc było jechać w magiczne, dzikie miejsce, skoro zagłuszyliśmy całkowicie jego piękno swoją obecnością?
Nasza cywilizacja coraz bardziej oddziela nas od przyrody. Nie przebywając w naturze na co dzień, zaczynamy się jej bać. W konsekwencji nie potrafimy tu przebywać jako cichy gość – z atawistycznego strachu przed nieznanym musimy narzucić swoją obecność tak, by to natura się nas bała.
Gdy tak siedziałam sobie nocą oddzielona od tego co wokół pomyślałam, że my - podróżnicy rowerowi, jesteśmy cudownym reliktem tego świata. Już sama forma podróży jest zaprzeczeniem pośpiechu, w jakim żyje świat. Dodać do tego nieunikniony i prawdziwy kontakt z przyrodą (choćbyśmy nie wiem jak chcieli, reflektor i magnetofon nie zmieszczą się nam do sakw), i otrzymamy archaiczny, ale jakże piękny przepis na doznawanie świata!
Rowertowur 8/2017
Podpisuję się pod każdy słowem - obyśmy, jako ten relikt, przetrwali jak najdłużej! :)
OdpowiedzUsuńTeż rozumiem bezpieczeństwo jako bycie niewidocznym. Za dużo się naczytałam książek o Indianach stąpających tak, że nie trzaskały pod stopami gałązki. Uczyłam się tak chodzić w dzieciństwie i mi się udało. Potem zapomniałam, ale umiem się bezszelestnie poruszać, jeśli chcę. I straszę ludzi, o zwierzętach nie wspomnę. Jak się za cicho chodzi, to uciekają spod nóg w ostatnim momencie. ;)
OdpowiedzUsuńStraszne są dla nas rzeczy nieznane, nie rozumiane. Werble prowadziły żołnierzy na bój, by zagłuszyć w nich strach. Lęki staramy się zwalczyć agresją i hałasem. Zachowujemy się często jak ten kundel mały, ujadaniem prowadzący nas przez całą długą wieś, gdy inne wielkie, silne i mądre obecność naszą kwitują dostojnym, wymownym milczeniem.
OdpowiedzUsuńRenifer, myślę podobnie. Wewnętrzny spokój jest cichy. Wewnętrzny strach ujawnia się w krzyku.
OdpowiedzUsuńWszystkim zatem życzę ciszy w życiu : ) i oczywiście niezapomnianych przygód rowerowych.
Oj wrono, wrono...chyba grzech megalomanii popełniasz. Doskonale rozumiem Twoje dążenie do samotności, tęsknotę za ciszą i spokojem. Rowerzyści nie są jednak "narodem wybranym". Podobnych atrakcji doznać można wędrując pieszo, czy kajakiem. Wspaniała jest cisza w szybowcu, albo w balonie - a widoki jakie... Przypuszczam, że przykładów jeszcze trochę by się znalazło. Tu człowiek decyduje,
OdpowiedzUsuńnie sprzęt. Pozdrawiam serdecznie. :)
Marek
Oj, Transatlantyku, to jest krótki felieton do pisma rowerowego, więc taką formułę musiał dostać. Oczywiście że świat pięknych uniesień nie kończy się na rowerze. Ale z pewnością się tam zaczyna ;)
UsuńPS. Właśnie zobaczyłem Twój wpis o wędrówce kajakiem. :)
OdpowiedzUsuń